Maseczki nawilżające na noc – Clinique kontra Origins

Robię kolejny krok w leniwej pielęgnacji – maseczka nawilżająca na noc bez zmywania. Coraz rzadziej sięgam po sprawdzone produkty, które są zbyt ciężkie, aby można je było pozostawić na skórze. Z widocznych na zdjęciu trzech nawilżaczy, dwie to maseczki, a jeden to rodzaj serum.

Czytaj dalej

Balsam do demakijażu Clinique Take The Day Off

Mam nowego ulubieńca! Skuteczny jak olejek, szybki jak Glov i zmywa się tylko wodą. Oraz można go kupić w małym, podróżnym opakowaniu. Przedstawiam nowość w mojej kosmetyczce, czyli balsam do demakijażu Clinique.

Demakijaż olejkiem to wciąż mój numer jeden, a balsam do demakijażu Take The Day Off pozostaje w tych samych klimatach. Produkt ma stałą konsystencję. Wystarczy wyjąć niewielką ilość – mnie wystarcza tyle produktu, żeby przykryć paznokieć.

W kontakcie z ciepłem skóry rąk, balsam zmienia konsystencję w płynną. Staje się niby-olejkiem, który ekspresowo rozpuszcza makijaż, w tym tusz do rzęs i nie podrażnia oczu. Balsam nie jest jednak stricte olejkiem, więc nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, po której ręce mogą się długo ślizgać, wykonując masaż. Dość szybko zaczyna brakować poślizgu. Dla mnie to znak, że demakijaż skończony.

Balsam spłukuję tylko wodą. Teraz pora na oczyszczanie, ale nie będę ukrywać, że ja po prostu przemywam twarz jedynie płynem micelarnym. Potem już tylko serum i krem nawilżający.

Balsam nie natłuszcza, ale także nie wysusza buzi. Po stosowaniu tego produktu nie mam żadnych kłopotów z cerą. Choć z natury nie mam twarzy skłonnej do wyprysków, to jednak niewłaściwe oczyszczanie zawsze kończy się u mnie tak samo – pryszczami. Skoro ich nie ma, a ja czuję, że cera jest świeża, musi to być znak, że balsam dobrze usuwa i makijaż, i krem z filtrem, a i sam łatwo się zmywa z buzi.

Balsam kupiłam w opakowaniu podróżnym, czyli w 15 ml słoiczku.

Cena: 29 zł za 15 ml, 149 zł za 125 ml.

Ile kolorów szminek potrzebuje kobieta

fot. zalotka

Jak duża jest moja kolekcja pomadek do ust? Stosunkowo niewielka, ale nie umiem jej szybko policzyć, bo pomadki i kredki do ust trzymam w torebce, w kosmetyczce, w szufladzie toaletki. Zróbmy z nimi porządek. Chodźcie, będziecie mi towarzyszyć.

To moje szminki:

fot. zalotka

Jednak jest ich więcej niż się spodziewałam. Zobaczymy, co uzbierałam, a przede wszystkim, co się sprawdza, czego używam, a z czym pora się pożegnać.

Błyszczyki

To już resztki mojej niegdyś potężnej kolekcji. Błyszczyków obecnie nie używam wcale. Są moim reliktem przeszłości, gdy szminka była dla mnie przerażającym gadżetem, którego nie umiałam nosić i bałam się tej atencji, którą dają umalowane usta. Teraz zdecydowanie wolę szminki od błyszczków.

fot. zalotka

W mojej kolekcji ostały się jeszcze tylko dwa błyszczyki od IsaDory i Pupy – oba bardzo przyjemne w użyciu. Nawilżające, nie kleją się, drobinki nie są ostre. Oczywiście kolory są półtransparentne i jedynie lekko barwią usta. Jeśli niczego nie jem i nie piję, błyszczyki ładnie się prezentują. Oba ścierają się równomiernie i niezauważenie znikają, nie pozostawiając żadnych śladów.

Pomadki w sztyfcie

To moja ulubiona obecnie forma kosmetyku do ust. Mają wygodne w użyciu nawet bez lusterka płaskie sztyfty – zupełnie jak zwyczajna pomadka ochronna.

fot. zalotka

Pierwszą taką pomadką w mojej kolekcji była szminka Astora. Niestety, z opakowania starły się wszelkie informacje, więc nie wiem, jaki to kolor. Myślę, że była to pierwsza szminka o dawna, którą zużyłam do samego końca.

Dwie szminki IsaDory okazały się być strzałem w 10. Nie pamiętam już, czy pochodziły z limitowanych kolekcji, ale zarówno bezbarwna, jak i ta w odcieniu nr 10 Lovely Lavender, są ultra nawilżające oraz mają przyjemny i delikatny zapach. Szminka kolorowa nosi się bardzo dobrze – nie zasycha, nie wchodzi w załamania warg, ściera się równomiernie i nie tworzy żadnych śladów.

Ostatnią, a zarazem najnowszą w kolekcji jest Clinique. Nie jest tak nawilżająca, jak IsaDora, ale bardzo komfortowa. jest także mocniej napigmentowana niż sztyft IsaDory. Długo i ładnie trzyma się na ustach. Aktualnie jest moją ulubioną.

Szminka w kredce

fot. zalotka

Jest tylko jedna i jeszcze jej nie strugałam, więc niewiele mogę powiedzieć o jej użytkowaniu. Matowa kredka Golden Rose to był zakup bardziej dla koloru niż dla właściwości produktu, ale pozytywnie mnie zaskoczyła. Po przygodzie z piękną matową pomadką w płynie z Golden Rose – o niej poniżej – postanowiłam dalej eksplorować tę markę. Głęboki brudny burgund nie jest kolorem na co dzień, ale kto wie, co mi strzeli do głowy.

Pomadki w płynie

Szminki bardzo na czasie. Jeśli jeszcze są matowe, to oznacza, że jestem na bieżąco z trendami. Obie moje pomadki mają wspaniałe kolory – jedna jest klasycznie różowa, druga koralowo czerwona.

fot. zalotka

Pomadka Liquid Matte Lipstisk GoldenRose jak i szminka Rouge Edition Velvet Bourjois są bardziej wymagające w użyciu. Obie potrzebują idealnie przygotowanych ust. A więc ust miękkich, po peelingu, nawilżonych. Podczas, gdy inne moje szminki pielęgnują usta, zwłaszcza szminki w sztyfcie, te jedynie je upiększają i to jeszcze pod konkretnymi warunkami. Obie pomadki mocno wchodzą w załamania zbyt suchych warg podkreślając je. Ponieważ szminki są w płynie, trudno jest je nabudować. Dodanie kolejnej warstwy nie niweluje widoku linii na ustach. Przyznam, że zimą jest mi trudno zachować nawilżone usta bez skórek. Ale kiedy mi się to wreszcie udało, efekt był bardzo ładny. Prawdopodobnie zaczekam z ich częstszym używaniem do wiosny.

Pomadka Golden Rose zasycha na ustach bardzo szybko i jest super trwała – zmyć ją można tylko olejkiem. Odporna na picie i jedzenie, pod warunkiem, że nie jest to coś tłustego. Nie czuć jej na ustach, nie tworzy skorupy, przyjemnie się ją nosi. Ma wygodny do nakładania płaski gąbkowy aplikator. Trudny do akceptacji jest dla mnie jej zapach – intensywny zapach proszku na budyń waniliowy.

Pomadka Bourjois ma inne niż Golden Rose wykończenie – jest aksamitna, zupełnie się nie klei. Na ustach jest niezwykle lekka. Natychmiast o niej zapominam. Nie jest to jednak pomadka bardzo trwała.

Pomadki klasyczne

Tu jest w końcu więcej kolorów niż brudny róż. Jest klasyczna czerwień z Pupy – noszę ją niezwykle rzadko. Moja skóra ma naturalną tendencję do czerwienienia się. Nie podoba mi się efekt, jaki osiągam, gdy do mojego codziennego makijażu dodam czerwone usta. Widzę wtedy przede wszystkim zaróżowione policzki. Do czerwone szminki zdecydowani muszę używać bardziej kryjącego podkładu, czego na co dzień nie robię.

fot. zalotka

Mam tu także nude z Golden Rose – nietrafiony kolor, bo zbyt rudy – oraz z Mary Kay – również niezbyt twarzowy odcień chłodnego różu. Jest sprezentowana mi pomadka Korres w odcieniu terakoty oraz błyszcząca pomadka Catrice, którą wyparły szminki w sztyfcie.

Co zostaje, czyli ile szminek potrzebuje kobieta

Moja kolekcja to same róże, brudne róże, ciemniejsze wiśnie i nieco czerwieni. Jest jeden odcień nude i fioletowawy burgund. Po ostrej selekcji postanowiłam pozostać przy 5 produktach: sztyftach IsaDory i Clinique, płynnych Bourjois i Golden Rose oraz ciemnej kredce także z Golden Rose.

Zostały więc pomadki codzienne, odważna czerwień i ciemny odcień na raczej wieczorne wyjścia. Wygląda na to, że potrzebuję koloru nude. W mojej ocenie właśnie takie cztery odcienie są podstawowe dla każdej z nas.

A jakie są Wasze kolekcje szminek?

Śmiało wymieniajcie w komentarzach, a gdyby któraś z Was mogła polecić ładny odcień nude, będę wdzięczna!

Krem pod oczy na opuchnięcia – Lierac kontra Clinique

fot. zalotka

Tak jak na cellulit nie pomoże krem, tak na podpuchnięte oczy po zarwanej nocy krem nie zdziała cudów. Ale może sporo dopomóc. W połączeniu z dużą butlą wody i solidnym wypoczynkiem, krem ma już z górki. Niestety, nie zawsze jest tak dobrze, żeby po zarwanej nocy móc się zdrzemnąć. Za to wodę można pić zawsze, a to właśnie niedostateczne nawodnienie oragnizmu jest głównym winowajcą moich opuchniętych oczu. No, ale nie jesteśmy tu, by o zdrowym piciu i spaniu gadać, racja? To jaki krem na opuchliznę pod oczami kupić? Ja przetestowałam dwa: Dioptigel Lierac oraz All About Eyes Clinique.

Dioptigel Lierac

To kosmetyk stworzony do redukcji obrzęków pod oczami. Ma żelową konsystencję, herbaciany kolor i ledwie wyczuwalny ziołowy zapach, który szybko wietrzeje, więc raczej nikomu nie powinien przeszkadzać (tu jest recenzja innego kremu Lierac, który pachnie, jak perfumy).

Wśród składników aktywnych znajdziemy ekstrakty z bluszczu, skrzypu, przewrotnika i rumianku. Wszystkie one mają zapewnić łagodzące działanie żelu oraz działać przeciwobrzękowo. Rzeczywiście krem daje widoczne rezultaty. Nie jest to spektakularnie wchłonięcie opuchlizny, ale w ciągu pół godziny od nałożenia skóra pod oczami nie jest już tak opuchnięta, a przy tym nie ma tu mowy o uczuciu ściągnięcia.

fot. zalotka

Z moich obserwacji wynika, że Dioptigel najlepiej się sprawdza, gdy trzymam go w lodówce i chłód dodatkowo wspomaga jego działanie. Żel daje widoczne rezultaty przy regularnym stosowaniu. Dorywczo nie zdziała cudów. Żel nadaje się do użytku pod podkład, bo nie powoduje warzenia się kosmetyków kolorowych.

Dioptigel ma wygodne i higieniczne opakowanie. Tuba nie jest szczelna, ale ponieważ nie jest to sztywne opakowanie, nie wpuszcza z powrotem do środka powietrza. Doptigel ma długi i precyzyjny aplikator. Dzięki temu, nie trzeba rozsmarowywać kremu pod oczy aż na skronie, skoro już się go tyle wyciapkało z opakowania.

Jedynym minusem są słabe właściwości nawilżające. Kosmetyk nie do tego został zaprojektowany. Trzeba się wspomagać innymi. Podobnie z cieniami pod powiekami – na ten problem też nie daje rady.

Cena: ok. 85 zł za 10 ml.

All About Eyes Clinique

To krem na opuchnięcia i worki pod oczami oraz drobne zmarszczki. Zawiera witaminy B6 i E, jednak o pozostałych składnikach aktywnych Clinique się nie rozpisuje.

Krem ma lekką konsystencję, ale to wciąż krem. Ma wyczuwalny i delikatny zapach, choć jest to kosmetyk nieperfumowany. Można go stosować pod oczy i na powieki. Clinique ma w ofercie także wersję o bogatszej konsystencji. Chociaż mam skórę, której nie każdy nawilżacz da radę, w przypadku All About Eyes lżejsza wersja jest dla mnie w sam raz. Krem nie pozostawia na skórze uczucia ciężkości, czy lepkości. Gładko się rozprowadza, wchłania szybko, można z nim wykonać kilka ruchów masujących wokół oczu. Nadaje się pod makijaż – skóra jest wygładzona, korektor pod oczy nie spływa i nie zbiera się w załamaniach.

fot. zalotka

Przewagą All About Eyes nad Dioptigel są właściwości nawilżające. Dzięki nim skóra wokół oczu jest ukojona, nie widać drobnych linii, a to już połowa sukcesu. Z opuchnięciami pod oczami radzi sobie dobrze, ale nie spektakularnie – tu różnicy nie ma. Nie zauważyłam, żeby zmniejszał cienie.

Opakowanie kremu to dla mnie największy jego minus. Ja mam 7 ml słoiczek z zestawu świątecznego. Pełnowymiarowy produkt ma 15 ml i także występuje w słoiczku. Oczywiście jest to elegancki słoik, z gatunku tych, które lubię, czyli szklany, ciężki, z nieścierającymi się napisami, dużą nakrętką, na której nie powstają odpryski czy przetarcia. Zatem po samym opakowaniu widać, że oko cieszyć będzie. Ale sposób aplikacji, czyli paluchem, powoduje, że jest mniej higienicznie niż mogłoby być. Wyobrażam sobie także, że wygrzebywanie kremu z tego słoiczka, gdy ma się długie paznokcie, może być irytujące.

Cena: 169 zł za 15 ml.

Maseczka nawilżająca na noc – Moisture Surge Overnight Mask Clinique

fot. zalotka

Maseczki zwykle używam na wieczór. Te kosmetyki bywają lepkie, a na pewno nie wchłaniają się zupełnie i trzeba usunąć ich nadmiar, aby w komforcie położyć się spać. Rozwiązaniem wieczornej pielęgnacji są maseczki tzw. overnight, czyli takie, w których można spać, bo wchłaniają się szybko i nie zostawiają śladów na poduszce.

W moim świątecznym zestawie Clinique znalazła się maseczka Moisture Surge Overnight Mask. Maseczka nie wymaga spłukiwania, ani usuwania pozostałości. Niemal natychmiast po nałożeniu wchłania się, a skóra twarzy jest sucha i nie świeci się.

Maseczka ma lekką kremową konsystencję i właściwie łatwo ją pomylić z bogatszym kremem na noc. Nie jest jednak ciężka. Przy pierwszym zetknięciu miałam obiekcje i nie dawałam jej szans na nawilżenie mojej skóry przy tak lekkiej formule. Myślę, że tę lekkość zawdzięcza temu, że jest beztłuszczowa.

Używam jej na noc, na oczyszczoną twarz. Zwykle nie dokładam już niczego więcej poza kremem pod oczy, ale czasem zdarza mi się wspomóc maseczkę serum nawilżającym.  Nie zauważyłam, aby maseczka powodowała wypryski bądź inne objawy zapychania porów.

Rano skóra jest miękka, nie widać na niej siateczki drobnych linii, które świadczą o suchości. Nie czuję także ani ściągnięcia skóry, ani takiego przyduszenia zbyt ciężkim produktem.

Maseczka jest wydajna, ma wygodne opakowanie w formie tuby, dzięki czemu można ją zużyć do końca. Jak wszystkie kosmetyki Clinique, także i maseczka Moisture Surge jest bezzapachowa i to także jest kojące, tym razem na zmysły.

Podsumowując, maseczka ma lekką konsystencję, bogaty skład, dobrze nawilża, nadaje się dla każdego typu cery, jest bezzapachowa. Produkt do codziennej pielęgnacji.

Cena: 129 zł za 100 ml.