Nature Story, czyli kosmetyki Tołpy z ekstraktami roślinnymi w Lidlu

Nie ma regulacji prawnych, które określałyby wymogi dotyczące kosmetyków naturalnych. Taka sytuacja na pewno jeszcze przez długi czas będzie prowadzić do nieporozumień, ale marki coraz częściej dbają o to, aby klientów w błąd nie wprowadzać. Tołpa produkuje dla Lidla nową serię kosmetyków o nazwie Nature Story. Kosmetyki zawierają ekstrakty roślinne, co jest zgodne z trendami, ale nie są to kosmetyki naturalne. Czy to coś złego? Nie, jednak rozróżnienie zrobić trzeba. Czytaj dalej

Clochee: wydajny olejek do demakijażu, wspaniałe serum do cery naczynkowej, krem nawilżający i pod oczy [próbki]

W serii wpisów Próbki recenzuję pojedyncze spotkanie z kosmetykami, które sprawdziłam zaledwie 2-3 razy. Zwykle na tyle aplikacji wystarcza saszetka. Tym razem mam pod ręką próbki Clochee. Większość dostałam podczas sporych zakupów w jednym ze sklepów i po długiej rozmowie z ekspedientką, która miała podobną cerę do mojej. Czytaj dalej

Najsłabszy z olejków do demakijażu

Olejek do demakijażu jest od kilku miesięcy obowiązkowym punktem wieczornej pielęgnacji. Wypróbowałam już kilka produktów: obłędnie pachnący olejek Go Cranberry, olejek arganowy Bielendy, który ma niezbyt dobrze oceniany skład, świetny olejek Resibo oraz doskonały na podróż balsam do demakijażu Clinique. Wybieram wciąż nowe i inne produkty z ciekawości, ale także dlatego, że choć bardzo polubiłam te stosowane dotychczas, to zawsze można coś poprawić, prawda? I tym razem doszłam do miejsca, gdzie można jedynie powiedzieć iż lepsze jest wrogiem dobrego.

Przeglądając Instagrama kilka razy natknęłam się na produkty Evree oraz na entuzjastyczne recenzje. Do mojego koszyka trafił więc Magic Rose, różany olejek do mycia twarzy.

Z olejkami mam już niejakie doświadczenie i mogę powiedzieć, że Magic Rose to najsłabszy z olejków do demakijażu, jakie miałam. Dlaczego? Słabo radzi sobie ze zmyciem makijażu i szczypie w oczy.

Olejek rozprowadza się na wilgotnej skórze. Produkt zamienia się w emulsję, którą można spłukać za pomocą wody. Czyli tak, jak miało to miejsce w przypadku Bielendy czy Clinique, ale nie Resibo i Go Cranberry, które należy zdejmować z twarzy za pomocą ściereczki.

Na co dzień noszę zwykły tusz do rzęs, ale nawet z nim olejek Evree sobie nie poradził. Tusz rozmazywał się wokół oczu, tworząc pandę. Resztki mascary trzeba było zetrzeć płynem micelarnym. Ponadto olejek lekko szczypie w oczy, choć nie sprawia, że zachodzą mgła. Myślę, że ten kłopot z demakijażem wynika ze specyfiki tego produktu – olejek pod wpływem wody tworzy emulsję, którą można łatwo zmyć. Jednak kosmetyk zbyt krótko ma na skórze postać olejku, aby dokładnie rozpuścić kilka warstw tuszu. Gdy zmieni się w emulsję, nie ma już swoich właściwości “luzowania” makijażu. Niestety, kolejna aplikacja olejku nie pomaga.

Ponieważ olejek słabo radził sobie z domyciem widocznego makijażu, obawiałam się, czy uda mu się zmyć filtr SPF, który stosuję pod makijaż. Możliwe, że moje obawy okazały się słuszne, bo na twarzy pojawiło się kilka wyprysków. Równie dobrze mogły być one spowodowane hormonami, choć akurat w moim przypadku wypryski są oznaką dwóch rzeczy: alkoholu z chipsami lub niedomytej twarzy. Wykroczeń przeciwko diecie nie było, zatem podejrzenie padło na kosmetyk.

Plusem olejku Magic Rose jest jego różany, subtelny zapach. Produkt może się sprawdzić przy porannym oczyszczaniu twarzy, bo jest bardzo delikatny dla skóry. Uważam jednak, że nie dość dobrze usuwa makijaż.

Cena: ok. 25 zł

Balsam do demakijażu Clinique Take The Day Off

Mam nowego ulubieńca! Skuteczny jak olejek, szybki jak Glov i zmywa się tylko wodą. Oraz można go kupić w małym, podróżnym opakowaniu. Przedstawiam nowość w mojej kosmetyczce, czyli balsam do demakijażu Clinique.

Demakijaż olejkiem to wciąż mój numer jeden, a balsam do demakijażu Take The Day Off pozostaje w tych samych klimatach. Produkt ma stałą konsystencję. Wystarczy wyjąć niewielką ilość – mnie wystarcza tyle produktu, żeby przykryć paznokieć.

W kontakcie z ciepłem skóry rąk, balsam zmienia konsystencję w płynną. Staje się niby-olejkiem, który ekspresowo rozpuszcza makijaż, w tym tusz do rzęs i nie podrażnia oczu. Balsam nie jest jednak stricte olejkiem, więc nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, po której ręce mogą się długo ślizgać, wykonując masaż. Dość szybko zaczyna brakować poślizgu. Dla mnie to znak, że demakijaż skończony.

Balsam spłukuję tylko wodą. Teraz pora na oczyszczanie, ale nie będę ukrywać, że ja po prostu przemywam twarz jedynie płynem micelarnym. Potem już tylko serum i krem nawilżający.

Balsam nie natłuszcza, ale także nie wysusza buzi. Po stosowaniu tego produktu nie mam żadnych kłopotów z cerą. Choć z natury nie mam twarzy skłonnej do wyprysków, to jednak niewłaściwe oczyszczanie zawsze kończy się u mnie tak samo – pryszczami. Skoro ich nie ma, a ja czuję, że cera jest świeża, musi to być znak, że balsam dobrze usuwa i makijaż, i krem z filtrem, a i sam łatwo się zmywa z buzi.

Balsam kupiłam w opakowaniu podróżnym, czyli w 15 ml słoiczku.

Cena: 29 zł za 15 ml, 149 zł za 125 ml.

Nowoczesna pielęgnacja – co jest na czasie?

Pielęgnacja skóry jest dla mnie dużo ważniejsza niż makijaż, a nawet nowości perfumiarskie (nie sądziłam, że do tego dojdzie ????). Nie zawsze tak było, ponieważ moja skóra dobrze reagowała na prostą pielęgnację – oczyszczanie jedynie płynem micelarnym, potem krem nawilżający, na noc krem odżywczy. I tyle. Choć może nie do końca chodzi tu tylko o fart, ponieważ za tymi kilkoma krokami kryły się także dobre nawyki – używałam filtrów przeciwsłonecznych, unikałam alkoholu w kosmetykach (głównie dlatego, że kiedyś w ogóle nie tonizowałam cery – zresztą sporo osób twierdzi, że tonik jest niepotrzebny), nie stosowałam ciężkiego makijażu, inwestowałam w dobrze nawilżające kremy.

Dziś moja cera ma więcej potrzeb, które pojawiły się z wiekiem, ale także są wynikiem moich poszukiwań coraz lepszej pielęgnacji. Od roku zmieniam swoje tzw. rytuały pielęgnacyjne. Zaczęłam od przejścia na metodę olejowego oczyszczania twarzy, zwanego także dwuetapowym. Potem zainteresowały mnie koreańskie rytuały. Teraz mam etap poszukiwań wśród kosmetyków naturalnych, ale nie sądzę, aby była nam pisana jakaś przyszłość (szerzej poniżej).

Nowoczesna pielęgnacja jest różnorodna i można się w niej zgubić. Już nie spotyka się kremów dostosowanych do wieku. Kobiety chcą odpowiadać na potrzeby skóry, a nie korzystać z rozwiązań dla statystycznej 30-latki. Co zatem w pielęgnacji piszczy? Jakie są trendy?

Oczyszczanie króluje

Oczyszczanie stało się dla mnie ważnym punktem. Kiedyś sądziłam, że cokolwiek zmyje moją twarz, ponieważ ma z nią tak krótki kontakt. Dziś widzę różnicę między drogeryjnym “detergentem” a lekką pianką czy balsamem do demakijażu.

W docenieniu procesu oczyszczania w pielęgnacji dużą rolę odegrały kosmetyki do makijażu. Są coraz trwalsze, scalone przez cały dzień ze skórą, a wieczorem oczekujemy, że łatwo zejdą. Niestety, sam płyn micelarny nie wystarczy. I każda z nas to przyzna, widząc rano ślady tuszu wokół oczu.

Aby umyć twarz wieczorem, potrzeba dwóch kroków: zmycia makijażu i oczyszczenia twarzy. Do pierwszego etapu dobrze nadają się olejki, balsamy, kremy do demakijażu – najprościej mówiąc, coś, co “poluzuje” i rozpuści puder, podkład, filtr SPF. Dopiero potem można przystąpić do oczyszczenia twarzy, skupić się na porach skóry etc.

Do tych dwóch etapów najlepiej stosować różne kosmetyki. Rano wystarczy użyć produktu do drugiego etapu oczyszczania, ponieważ niepotrzebne jest usuwanie makijażu, a oczyszczenie buzi z nadmiaru sebum i przygotowanie jej do makijażu.

Im lepiej dobieram swoje kosmetyki do demakijażu i oczyszczania, tym mniej produktów do makijażu potrzebuję. Kiedy pielęgnacja ma priorytet, nie ma potrzeby zakrywać skóry.

Rytuały z Dalekiego Wschodu

Maseczki w płachcie, 10 kroków koreańskiej pielęgnacji, słodkie opakowania – kosmetyki z Japonii i Korei na dobre zagościły w polskich drogeriach. Koreańskie podejście do pielęgnacji jest mi bliskie z dwóch powodów. Po pierwsze, mam cerę skłonną do przebarwień, którą chronię przed słońcem. Po drugie, lubię rozświetloną karnację, a nie matową. Azjatyckie kremy i podkłady mają wysokie filtry, np. krem BB marki Missha ma SPF 42. Który europejski krem ma tak wysoki filtr?!

Przeczytaj mój przewodnik po 10 krokach w koreańskiej pielęgnacji.

Czy kosmetyki koreańskie mogą całkowicie zapanować w naszej kosmetyczce? I tak, i nie. Koreanki dbają o swoją skórę w daleko bardziej rozszerzony sposób niż Europejki. My szukamy szybkich lub wielofunkcyjnych kosmetyków. Azjatkom nie przeszkadza mnogość kroków w pielęgnacji. Drugą różnicą jest z pewnością nasza cera. “Nie ma sensu kupować azjatyckich kosmetyków typu anti-aging, bo zmarszczki nie są największym zmartwieniem Azjatek. Zmarszczki pojawiają się u Azjatek później niż u Europejek i są mniej widoczne.” [źródło]

Czytaj skład, dziewczyno!

Coraz więcej mówi się o składnikach kosmetyków. Rosnąca świadomość konsumentek pcha je do pogłębiania swojej wiedzy z zakresu związków chemicznych stosowanych w kosmetykach. Kobiety analizują składy, a te, które nie potrafią tego zrobić samodzielnie, proszą o wsparcie na facebookowych grupach. Dziewczyny wybierają produkty, w których nie występują: alokohol (wysusza), SLS-y, SLES-y (zaburzają równowagę hydrolipidową i powodują przesuszenia), emulgatory PEG i PPG  (odpowiedzialne za podatność skóry na uszkodzenia i nadwrażliwość), konserwanty syntetyczne (np. Butylparaben może uczulać)  etc. Na celowniku często są także gliceryna czy parafina (pochodna ropy naftowej, substancja wysoce komedogenna) oraz wiele substancji o dużo trudniejszych nazwach. Ponadto pod nazwą Parfum może kryć się prawie 2500 substancji niewyszczególnionych z nazwy na opakowaniu.

To na pewno dobry kierunek, ponieważ nikt nie lubi być robiony w balona i płacić, a nadto stosować na własnej skórze, szkodliwych substancji. Jak w przypadku każdego ruchu, także i tutaj nie brakuje postaw mniej i bardziej zaangażowanych, aż do skrajnych. Ja plasuję się gdzieś pośrodku, chociaż ciekawość pchnęła mnie i na spotkanie z dziewczynami prowadzącymi PiggyPEG. Analizują one składy poszczególnych kosmetyków pod kątem zastosowania w nich różnego rodzaju składników uznanych za potencjalnie szkodliwe oraz poszukują alternatywnych rozwiązań. I chwała im za to. Ich strona na Facebooku może być kopalnią wiedzy. Jednak ja nie jestem jeszcze do końca przekonana.

Naturalne, wegańskie, organiczne i z Rosji

Ekokosmetyki mają swój czas. Naturalne pochodzenie składników jest pożądane, a producenci starają się odpowiedzieć na ten popyt dostarczając kosmetyki certyfikowane (tutaj szerzej o różnych znaczkach na opakowaniach), nietestowane na zwierzętach, bez konserwantów etc. Pojawia się wiele niszowych marek, których założyciele mają misję tworzenia kosmetyków przyjaznych ludziom i planecie. Te hasła są bardzo autentyczne i ujmują rzesze kobiet, chcących zmienić swoje kosmetyki na produkty uważane za zdrowsze.

Troska o to, co każdego dnia nakładamy na skórę, także i mnie popchnęła w stronę kosmetyków ekologicznych. Moje pierwsze produkty pozytywnie mnie zaskoczyły – o czym pisałam tutaj. Moje ogólne wrażenia po kilku miesiącach stosowania ekobalsamów do ciała, dezodorantu “bez aluminium” (czyli bez chlorowodorotlenku glinu), kremów z przewagą naturalnych składników są takie, że te kosmetyki są wymagające.

Po pierwsze, wymagają ode mnie długich poszukiwań skutecznego produktu, ponieważ częściej niż przy tradycyjnych kosmetykach zdarzają się wpadki. Roślinne ekstrakty dużo częściej powodują u mnie silne zaczerwienienie. Dla mnie jest to zbyt wysoka cena, gdyż twarz mam jedną i nie jestem gotowa na eksperymenty, po których będę się zbierać kilka miesięcy.

Po drugie, wymagają ode mnie kompromisu, ponieważ często są tępe w użyciu, nie rozcierają się łatwo, nie dają szybkich efektów – mówię oczywiście tylko o tych, które sprawdziłam. Kosmetyki mają mnie rozpieszczać, a tymczasem czuję, że muszę poświęcić moje oczekiwania dla świadomości używania ekologicznego produktu. I nie zrozum mnie źle – nie jestem nieczułą na stan środowiska egoistką. Podnoszę papierki z ulicy, piję wodę z kranu, sortuję śmieci, kupuję odpowiedzialnie, utylizuję baterie, świetlówki, leki i robię całą masę rzeczy, dzięki którym mogę o sobie powiedzieć, że dbam o środowisko. Po prostu nie wierzę w każde eko i wege na opakowaniach (nie mówię o certyfikatach).

Czy rezygnuję z ekokosmetyków? Na pewno nie całkowicie. Nadal będę zwracać uwagę na skład, ale jestem teraz dużo bardziej sceptyczna, niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Nawilżaj, nawilżaj i jeszcze raz nawilżaj

Ta podstawowa prawda nigdy się nie zdezaktualizuje. Nawilżona i dobrze odżywiona skóra jest jędrna, świetlista, nie ma siateczki powierzchownych zmarszczek spowodowanych przesuszeniem. Kosmetyczki i dermatolodzy zgodnie potwierdzają, że konsekwencje dbania o cerę w wieku 20 i 30 lat, dają efekty później. Chociaż więc nie widać jeszcze zmarszczek, właśnie teraz jest moment, aby korzystać z dobrodziejstw serum i kremu. Pilne stosowanie kremów na pewno nie jest sexy i nie ma takiego efektu “wow”, jak spektakularny makijaż, ale kropla drąży skałę i warto poświęcić czas na pielęgnację.

Kobiety daleko bardziej cenią dziś makijaż, który może im dać nieskazitelną cerę w tej chwili. Wolą jego natychmiastowy efekt od kremów, których skutki stosowania można dostrzec później, za to pozostają na dłużej. Stąd tak wiele w dzisiejszych kosmetykach przenikania się: kremy są napigmentowane jak makijaż, np. kremy BB, CC, tonujące; kosmetyki do makijażu zaś, posiadają coraz więcej właściwości pielęgnacyjnych, np. zawierają antyoksydanty, peptydy, substancje nawilżające.

Twoja pielęgnacja

Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda Twoja pielęgnacja. Które trendy Cię porwały lub jesteś na nie odporna?