Z tęsknoty za latem, czyli perfumy dla podróżniczki

źrodło: hermes.com

źrodło: hermes.com

Powąchałam perfumy Hermes Un Jardin en Mediterranee i przeniosłam się hen daleko na południe Europy, gdzie powietrze drży w upale, a łąki pachną lawendą i ziołami. Dawno nie nosiłam tak sprecyzowanej kompozycji przywodzącej na myśl konkretne miejsce i jednoznacznie wybrzmiewającej przez cały dzień. Perfumy to niby jedynie doznanie olfaktoryczne, ale w tym wydaniu niezwykle sugestywne. Wystarczy zamknąć oczy, a wspomnienia z wakacji ożywają. A może ja po prostu tak tęsknię za Południem?

Bujny śródziemnomorski ogród Hermes jest przytłaczający i zarazem orzeźwiający dzięki gorzkim akordom ziół i drzew. Pierwsze nuty, czyli cytrusy i bergamotka, rozbudzają. Nuta serca otwiera się kwiatem pomarańczy i białym oleandrem. W bazie panują piżmo, cyprys, figowiec, jałowiec i pistacje, których zupełnie nie czuć. Całość tworzy drzewno-zieloną, lekko gorzkawą aurę. Balans między nieznośną lekkością słodkawych nut a przyjemnie chłodnymi akordami cytrusowymi jest tak wyważony, że nie można orzec jednoznacznie czy są to perfumy pełne energii czy może jednak bardziej osiadłe w gęstym powietrzu południa.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Un Jardin en Mediterranee to wspaniałe perfumy na dzień, zwłaszcza wiosną i latem. Powstały w 2003 roku (gdzie ja byłam przez ten czas?!). Inspiracją do stworzenia tej kompozycji był tunezyjski ogród należący do Leili Menchari, która projektuje słynne chusty Hermes oraz stoi za wieloma spektakularnymi aranżacjami okien wystawowych w paryskim butiku Hermes. Mimo tej egzotycznej proweniencji, perfumy kojarzą mi się z włoskim popołudniem na prowincji.

Wystawa Hermes projektu Leili Menchari, źródło: facebook.com

Wystawa Hermes projektu Leili Menchari, źródło: facebook.com

Na pożegnanie zimy

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Dziś pierwszy dzień wiosny, więc żegnam zimę recenzją perfum ciepłych, otulających, lekko orientalnych,głębokich i bardzo kobiecych.

Ambar Jesus del Pozo to nie nowość (2010 r.), ale tej zimy przekonałam się do tego zapachu na dobre. Orientalno-kwiatowo-drzewny, trwały, otulający, kobiecy. Jest blisko skóry przez cały dzień, delikatnie wyczuwalny przy każdym ruchu. Intensywny i głęboki, ale nie pudrowy. Otwarcie ma wręcz rześkie, lecz nie chłodne.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Pierwsze nuty głowy to kardamon, bergamotka i mandarynka. W nucie serca otwierają się irys, peonia i herbata, a w bazie mamy prosty jałowiec wirginijski, aromatyczną szałwię i balsamiczny bursztyn.

Uroku tym perfumom dodaje opakowanie – szklany flakon odlany na kształt nieregularnego kawałka bursztynu. W pięknym nasyconym kolorze.

Ambar to przyjemna, udana i nowoczesna kompozycja. Zapach mógłby być niemal męski, gdyby nie odrobina kwiatowej słodyczy, która kładzie się cieniem na całej kompozycji i stanowczo wyklucza mężczyzn z grona „nosicieli”. Zdecydowanie jest to zapach zimowo-jesienny. W letnie popołudnie mógłby się okazać niebezpiecznie duszący. To ostatni moment, aby go założyć: niby wiosna, słońce, ale wciąż tylko 6 stopni.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Zielona herbatka na upał

 

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Nic mnie tak nie odświeża jak mgiełka Ardenowskiej zielonej herbatki. Nie oszczędzam. Spryskuję wszystko: siebie, wentylator, robię „perfumowaną chmurkę” i w nią wskakuję. Orzeźwiająca przyjemność. Zapach oczyszczający umysł. Energetyzujący. I krótkotrwały jak kometa.

Green Tea od Elizabeth Arden spowszedniała bardzo, spadła na najniższe półki w Rossmannach, pałęta się po paletach w Biedronkach i ogólnie nie otrzymuje należnego jej szacunku. A to zapach klasyczny, prosty, podstawowy i uniwersalny. I z historią.

Zapach powstał w 1999 roku i jest jednym z flagowych produktów marki. Uzupełniany limitowanymi edycjami do dziś święci triumfy sprzedażowe. Perfumy stworzył Francis Kurkdjian, znany z zapachów Jean Paul Gaultiera. Kompozycję otwiera rześkie uderzenie mięty i cytrusów,. które przytępiają nieco przebijające się w nucie serca kwiaty: goździk i jaśmin. W bazie znajdujemy zieloną herbatę, nasiona selera i podstawę piżmowo-ambrową. Dla mnie niemal nieobecną.

Green Tea to perfumy, które zdają się powoli „wsiąkać” w skórę. Po kilkudziesięciu minutach są niemal niewyczuwalne dla osoby, która je nosi. Nie zostawiają za sobą ogona świeżości, ale trwają przyczajone na skórze. Wyczuwalne z bardzo bliskiej odległości.

Jeśli sięgniemy po Green Tea w perfumerii, odkryjemy, że w serii znajduje się wspaniały balsam do ciała z kuleczkami miodu, które rozcierają się na skórze oraz orzeźwiający żel, który daje poczucie czystości absolutnej.

Mój czuły nos już dawno temu odkrył, że Green Tea upodobały sobie siostry zakonne oraz niektóre starsze panie. Ja uważam, że w upalne dni Green Tea nadaje się dla każdego stanu.

Cena: 19 zł za 50 ml perfumowany dezodorant

Rajski zapach z katalogu

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Nie omijam corocznego słodziaka Escady dla dziewcząt. To już taka moja letnia tradycja, choć wiem, że nic nowego nie poczuję. Ale Escada umie tworzyć ten klimat rajskich wakacji, tropików i beztroski. Born in Paradise to oczywiście owocowo-kwiatowy koktajl.

Kompozycja nowej „eskadki” jest ciut mniej słodka niż ubiegłoroczny Taj Sunset. Na liście składników znajdują się: dobrze wyczuwalne na początku zielone jabłko i arbuz, dalej wybijający się na pierwszy plan ananas i herbata jaśminowa, a w bazie piżmo, drzewo sandałowe oraz cedrowe.

Butelka ma ten sam kształt, co zawsze, a korek zdobi sztuczny kwiatek. Całość jest dobrze wykonana i nie zaskakuje tandetnym atomizerem, co cieszy, bo ostatnio w tej kwestii obniżają się loty (Coty! Ta uwaga jest do was!).

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Born in Paradise jest radosnym i energizującym zapachem. Słodycz, jaką ze sobą niesie, nie jest lepka i dusząca, ale nieco „kremowa” (bardziej jak słodki krem w ciasteczkach, niż krem do twarzy). Idealnie pasuje do zwiewnej, długiej, letniej sukienki, ale dobrze się go też nosi w mieście. Ze względu na wakacyjno-tropikalną proweniencję nie zalecam nosić go w biurze, żeby nie drażnić tych, którzy do urlopu mają jeszcze długie tygodnie.

Nie wiem, czy kiedyś wyrosnę z tego rokrocznego oczekiwania na nową „eskadkę”. Jest w tym jakaś dziecięca potrzeba posiadania wciąż nowego gadżetu i ulga, że znów jest podobnie, że nic nie zmienili. Co ja poradzę, że Escada mnie rozbraja i nie potrafię być wobec niej krytyczna. Może to po prostu są ładne zapachy i już.

Cena: EDT 30, 50, 100 ml od ok. 150 zł

Eau de Vespa

Plakat z filmu "Rzymskie wakacje", fot. Zalotka.pl

Plakat z filmu „Rzymskie wakacje”, fot. Zalotka.pl

Wśród oczekiwanych przeze mnie nowych perfum muszę znaleźć miejsce dla jeszcze jednego zapachu. W tym roku Coty wprowadzi na rynek zapach Vespa, a ja jestem miłośniczką włoskiego dolce vita oraz espresso pitego przy barze.

Portfolio Coty’ego za roku na rok puchnie od pachnidełek tworzonych pod znanymi markami. Dawno już wykroczyli poza słynne nazwiska i zwrócili się m.in. w stronę motoryzacji. Przykładowo można nabyć nieskończoną już chyba ilość łudząco do siebie podobnych zapachów Tonino Lamborghini.

Skutery są produkowane przez Piaggio od 1946 roku. Ikoniczna Vespa sprzęgła się z wizerunkiem Włoch już na dobre, a ten mariaż przypieczętowała obecność pojazdu na srebrnym ekranie. Ja najbardziej pamiętam go z „Rzymskich wakacji” z Audrey Hepburn i Gregory Peckiem i oczywiście z „Dolce vity”. Vespa to nie tylko kultowy środek transportu, ale także styl życia. Która z nas nie chciałaby pomykać rzymskimi uliczkami na skuterze wprost na spotkanie z „dark and handsome guys with their skinny little ties”? Tak o włoskim życiu śpiewała Kate Hudson w „Nine”:

Jak będą pachnieć perfumy Vespy? – Żadnej benzyny, żadnego oleju napędowego, to będzie zapach wolności, czyli coś co czujesz, kiedy prowadzisz skuter drogami włoskiej Riwiery – mówi Michele Scannavini, prezes Coty, zapytany przez „Financial Times”.[cyt. za life.rorbes.pl]

Coty wypuści od razu dwie wersje Vespy: damską For Her i męską For Him. Czekamy.