Ćwiczenia w domu w czasie ciąży

Ciąża to niby nie choroba, ale zdecydowanie wymaga zmiany przyzwyczajeń. Na przykład trzeba zrezygnować z forsownych ćwiczeń na rzecz spokojnej gimnastyki, która ma na celu przygotowanie ciała do porodu. Najlepsze są na pewno zorganizowane zajęcia pod okiem znającej się na rzeczy trenerki, ale nie zawsze można w takiej gimnastyce uczestniczyć. Pozostaje więc wersja DIY.

Oto lista moich ulubionych zestawów ćwiczeń dla ciężarnych:

1. Ćwiczenia ogólne, na nogi, pupę oraz ramiona:

2. Joga w ciąży:

3. Pilates w ciąży:

4. Mnóstwo zestawów ćwiczeń dla ciężarnych:

Chodakowska, czyli trenerka z telewizora – hit, obciach czy sekta?

źródło: facebook.com

źródło: facebook.com

Jeżeli nie zaplanowałaś, że schudniesz lub popracujesz nad sylwetką, możesz śmiało ominąć ten wpis.

Wiedziałam, że wszystkie czytacie dalej :-)

Silne i wysportowane ciało zawsze było sexy, ale nigdy nie było tak modne, jak teraz. To dobrze! Przybywa wysportowanych dziewczyn, które stają się idolkami nastolatek. Te ostatnie już się nie głodzą, ale zdrowo się odżywiają i ćwiczą. Więcej – ćwiczenia, ich rodzaj, intensywność treningów stają się elementem stylu. To już nie jest wstydliwa część dnia, którą poświęcasz na spocenie się w starym t-shircie. To jest rytuał, którym chcesz się pochwalić, dokładnie taki sam, jak poranna kawa na Instagramie ;-)

A jeśli chcesz się chwalić, to trzeba mieć czym.

Jeżeli nie lubisz ćwiczyć, nic cię do tego nie zmusi. Z doświadczenie wiem, że lepsze 20-30 minut codziennego wysiłku niż wyjście od wielkiego dzwonu do klubu fitness na Boot Camp albo równie katorżnicze zajęcia. Ale żeby codziennie zmusić się do przysiadów (dziewczyny, róbcie przysiady!) i brzuszków, trzeba być chyba cyborgiem. A może nie? Motywacja do ćwiczeń jest kluczem do sukcesu na samym początku. Potem wysiłek fizyczny stają się równie potrzebny co prysznic (ale to temat rzeka na zupełnie inny wpis).

Co więc wybrać: ćwiczyć w domu czy lepiej pójść na zorganizowane zajęcia? Moim zdaniem zawsze lepiej się wybrać do klubu fitness (urozmaicone ćwiczenia, zorganizowana rozgrzewka i ćwiczenia rozciągające, sprzęt do ćwiczeń na wyposażeniu klubu, opieka prowadzącej), ale to jest wyzwanie często nie do przeskoczenia. Mam klub fitness po sąsiedzku i jeszcze nie udało mi się kupić dwóch karnetów z rzędu. Dlaczego to takie trudne? Bo dzień do dnia niepodobny. Nie sposób ustalić jednego terminu w całym tygodniu, kiedy wiem, że jestem dostępna.

Dużo lepiej idzie mi za to planowanie jakiejkolwiek formy ćwiczeń na dany dzień. Czasem ćwiczę rano, zanim wstanie cały dom, innym razem tuż po tym, jak uda mi się wszystkich wypchnąć i jeszcze nie muszę siadać do pracy albo dopiero wieczorem. Od podjęcia decyzji o ćwiczeniu do rozłożenia maty upływa tak mało czasu, że nic nie jest w stanie mnie rozproszyć lub zniechęcić (spakowanie torby, ręcznika, wody do picia i wyjście na konkretną godzinę do klubu fitness wymaga zdecydowanie więcej uporu).

Czy samodzielne ćwiczenie w domu może przynieść porównywalne efekty z gimnastykowaniem się pod okiem profesjonalisty? Owszem, może przy zachowaniu podstawowych zasad: koniecznie trzeba się rozgrzać i rozciągnąć – wiele treningów dostępnych online nie zawiera tych elementów, a przecież są niezbędne.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Obecnie guru domowych treningów jest bezsprzecznie Ewa Chodakowska. Jej kariera w amerykańskim stylu „od pucybuta do milionera” oraz jej zaangażowanie w mediach społecznościowych pobudzają zbiorową wyobraźnię.

Nie jestem fanką Ewy Chodakowskiej, ale muszę oddać jej sprawiedliwość. To jej pierwsze płyty z ćwiczeniami dołączone do magazynu „Shape” (nota bene płyty Chodakowskiej uratowały gazetę od bankructwa) ruszyły mnie z kanapy i pomogły spalić pociążowe wstydliwe boczki oraz wysmuklić uda.

Nie kupuję jej motywujących pogadanek ani siostrzanego zakonu wyznawczyń, ale przyznaję, że to chyba ona dała najwięcej tłuściutkim matkom niemowlaków, które, jak Polska długa i szeroka, w zaciszu domowym wyciskały z siebie siódme poty, by odzyskać siebie z czasów samozadowolenia. Tak było ze mną. I choć waga wciąż pokazywała plus 5 kg w stosunku do wagi sprzed ciąży, to wrócił uśmiech, chęć wyjścia z norki i ochota na nowe ciuchy.

Z Chodakowską już nie ćwiczę od dawna. Za dużo w tych ćwiczeniach wysiłku, potu i powtórzeń, za mało gracji i zabawy, którą powinien dawać trening.

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Spróbowałam ćwiczyć z Sylwią Weisenberg (płyta z jej ćwiczeniami była dołączona niedawno do magazynu „Shape”, ale niestety ten program rozczarowuje – same ćwiczenia, żadnej rozgrzewki czy rozciągania). Polubiłam ją i jej program Tonique – same ćwiczenia, bez pogadanki dla psyche, przez które Chodakowska ma opinię sekciarskiego guru. Trening Weisenberg jest wymagający, ale nie tak siłowy, jak ten z Chodakowską. Tonique jest „lekki”, ale nie mam tu na myśli stopnia trudności ćwiczeń czy ich intensywności. Chodzi mi o wrażenie lekkości, z jaką trenerka wykonuje swoje ćwiczenia. Patrząc na nią jesteś pewna, że ćwicząc masz w sobie tę samą grację. Z Chodakowską to jednak jest pot i łzy.

Będąc już w ciąży, nie zrezygnowałam z ćwiczeń. Wciąż nie miałam po drodze do klubu fitness, gdzie zajęcia odbywały się w godzinach, kiedy zwykle odbieram córkę z przedszkola. Ułożyłam więc sobie własny trening bazując na dostępnych na YouTube filmach z ćwiczeniami, choć oczywiście nie dają one takich rezultatów, jak solidny trening, na który przyjdzie mi jeszcze poczekać kilka tygodni. Wciąż więc macham nogami przed telewizorem, a nie w trendy klubie fitness, ale co za różnica? Nieważne jak, ważne, że w ogóle! Fit ciało to jest hit, a nie sposób, w jaki do niego dochodzimy. Powodzenia i owocnych treningów!

Magia Małego Marsylczyka

Małego Marsylczyka pierwszy raz poznałam kilka lat temu, gdy koleżanka podarowała mi żel tej marki. Brak tych kosmetyków w Polsce jeszcze potęgował wrażenie francuskiego luksusu na co dzień. Było oczywiście także mydło marsylskie – jedyne i oryginalne tylko z Prowansji (jego historia sięga XVII wieku i czasów Ludwika XIV), zawierające zgodnie z prawem 72 proc. tłuszczu z oliwy z oliwek, ale to inna bajka. Dziś marka Le Petit Marseillais, która dumnie podkreśla swoje prowansalskie pochodzenie, przebojem wdarła się na sklepowe półki nad Wisłą i zapewne zagościła w niejednej łazience.

Le Petit Marseillais oferuje produkty codziennego użytku: żele pod prysznic, balsamy do ciała, kremy do rąk, twarzy, szampony etc. Na polskim rynku nie są dostępne wszystkie pozycje (np. olejki do włosów czy dezodoranty), ale to zapewne kwestia czasu i… zysków. Kolorowe opakowania częściowo z recyklingu, prowansalskie pochodzenie i lista kuszących zapachów zachęcają do skorzystania choć z okrojonej oferty. Ja się skusiłam na dwa produkty.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Żele pod prysznic Le Petit Marseillais są dostępne w szerokiej gamie kolorystyczno-zapachowej: miód lawendowy, mandarynka i limonka, kwiat pomarańczy, morela i orzech laskowy, kwiat wiśni, oliwa z oliwek i kwiat lilii itp. Intensywna woń uprzyjemnia kąpiel, ale zupełnie nie utrzymuje się na skórze – nie tylko na mojej, traktowanej po każdym tuszu balsamem do ciała, także na mężowskiej. Smutna prawda jest taka, że pod wiele obiecującą powłoczką, żele Le Petit Marseillais kryją zupełnie zwyczajne wnętrze. Ale to w końcu tylko żel pod prysznic – ma się pienić i dobrze spłukiwać.

Pojemność: 250 ml, 400 ml, 650 ml (żele pod prysznic oraz żele pod prysznic i do kąpieli)
Cena: od 9 zł

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Wiele obiecywałam sobie także po innym kosmetyki marki – odżywczym kremie do rąk z masłem karite, olejem migdałowym i arganowym. I tu się nie zawiodłam. Lekka emulsja szybko przynosi ulgę skórze dłoni, wchłania się w ekspresowym tempie i pozwala ruszyć do obowiązków tuż po nakremowaniu rąk. Przez kilka godzin dłonie nie potrzebują dodatkowego nawilżenia.

Marka ma w ofercie także krem regenerujący z masłem shea, aloesem i woskiem pszczelim.

Cena: ok. 12 zł za 75 ml

Witamina dla każdej dziewczyny

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Bez względu na rodzaj cery w każdej kosmetyczce warto mieć apteczną maść z witaminą A. Za śmieszną cenę 4 zł mamy kosmetyk skupiony na jednym zadaniu: pozbyć się tych suchych skórek.

Pod nazwą witamina A kryje się wiele związków chemicznych z grupy retinoidów, z których najważniejszy dla kosmetologii jest retinol (alkohol). Ta nazwa dzięki reklamie jest znana każdej z nas – krem z retinolem ma działanie odmładzające, ponieważ może oddziaływać na włókna kolagenowe (dokładniej kwas retinowy, który jest największym stężeniem witaminy A i występuje w kosmetykach dermatologicznych oraz tych na receptę). Retinol jest dobry dla skóry, włosów, paznokci, stąd znany jest także pod nazwą witamina młodości. Witamina A jest polecana również przy zmianach trądzikowych oraz w celu zapobiegania fotostarzeniu się skóry (promienie UVA docierające do skóry zmniejszają ilość witaminy A w organizmie). Jednak użyty w złym stężeniu może powodować podrażnienie, łuszczenie, a nawet poparzenia. Więcej o działaniu witaminy A można przeczytać tutaj.

Witamina A dostępna w maści ochronnej Hasco-Leku to palmitynian retinylu, czyli ester witaminy A, jej najtańsza i najsłabiej działająca na skórę forma, a więc bezpieczna. Maść ochronną producent zaleca stosować miejscowo w celu „regeneracji naskórka, zmniejszenia rogowacenia, złagodzenia stanów zapalnych oraz ochronnie przed działaniem szkodliwych warunków atmosferycznych”.

Ja polecam maść z witaminą A na:

  • przesuszone skórki
  • spękane pięty
  • podrażnione płatki nosa podczas kataru
  • suche kolana i łokcie
  • jako nocny kompres na stopy

Domowy peeling ulepszony

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Jędrna, miękka i gładka skóra od pięt po czoło – to plan na teraz. Droga do osiągnięcia tego celu jest prosta: peeling, nawilżanie i regularność. Co dziwne, to właśnie punkt pierwszy przysparza najwięcej problemów. Łatwo dostępne peelingi drogeryjne to sztuczne mikrogranulki z żelem do mycia ciała (które są gdzieniegdzie zakazane). Peelingi z wyższych półek mają w składzie mielone pestki np. brzoskwini oraz lepsze – czyli bardziej pielęgnujące – składniki bazowe. Chociaż zdecydowanie nie jestem fanką domowego laboratorium kosmetycznego, to w kwestii peelingów własnoręcznie zmiksowana mieszanka nie ma sobie równych.

Przepisy na domowe peelingi są proste i tanie, choć można je wzbogacać np. olejkami. Nie psują się szybko, więc można je zrobić na zapas lub tuż przed użyciem, bo wykonuje się je ekspresowo. Bazą jest olej, którym może być oliwa z oliwek, zwykła oliwka dla dzieci albo olej kokosowy (ma formę stałą i można go kupić na ekopółkach w supermarketach). Granulkami jest cukier lub sól, albo… poszukajcie w ostatnim przepisie.

Peeling miętowo-cytrynowy

Mieszanie soli morskiej z oliwą znudziło mnie. Postanowiłam wejść na wyższy poziom i przygotować zapachowy, pobudzający i odświeżający peeling do ciała. Wykorzystałam:

  • skórkę otartą z cytryny
  • 10 liści mięty
  • pół szklanki gruboziarnistej soli lub cukru
  • olejek arganowy lub oliwka dla dzieci.

Wykonanie jest tak proste, jak zrobienie jajecznicy i to nawet w przypadku dobiernia proporcji składników na oko.

Liście mięty i skórkę cytrynową ucieramy w blenderze i łączymy z olejkiem. Zalewamy tą miksturą sól, delikatnie mieszamy i wkładamy do lodówki.

To bardzo aromatyczny peeling, o długo wyczuwalnym na skórze zapachu.

Peeling kawowy

Dla leniuchów mam przepis chyba najprostszy, bo dwuskładnikowy:

  • olej kokosowy
  • mielona kawa (może być zużyta wysuszona kawa z kafetiery – taki recykling).

Ogromnym plusem tego peelingu jest jego bezzapachowy nośnik – olej kokosowy. Aromat kawy szybko się ze skóry ulatnia.

Grejpfrutowy peeling a la Cate Blanchett

Prosty przepis, ale ponoć stosuje go Cate Blanchett, więc koniecznie musi się składać z samych organicznych składników. Podmieniłam je na łatwiej dostępne:

  • dwie łyżki oleju kokosowego
  • dwie łyżki soku z grejpfruta
  • cukier/ sól gruboziarnista.

Jak stosować domowe peelingi?

Najlepiej stosować takie peelingi na suchą skórę, potem spłukać. Po prysznicu nie trzeba już stosować kremu. Jeden jedyny minus takiego miksturowania domowego, to bardzo śliski brodzik prysznicowy. Koniecznie trzeba go umyć po sobie, bo skończy się guzem albo gorzej.

Jeżeli lubisz wykorzystywać tanie i łatwo dostępne produkty do pielęgnacji ciała, polecam wpis: Z lodówki do łazienki.