Norweska pielęgnacja zimą

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Mam słabość do szwedzkich blogów modowych (tu, tu i choćby tu), sklepu IKEA i północnego stylu wystroju wnętrz. Lubię też wywodzącą się z Norwegii (dziś to oczywiście międzynarodowy koncern) Neutrogenę, choć z żalem przyznaję, że czasami mam wrażenie, że jest to marka o lepszym marketingu aniżeli produktach.

Sztyft do warg

Produkt podstawowy, który każda z nas choć raz miała. Sztyft do warg zwyczajny, wydajny, prosty, bezbarwny, o nijakim zapachu. Dobrze pielęgnuje, lubię go stosować zimą pod szminkę. Ma dobrze zaprojektowane opakowanie – skuwka nie wyrabia się w miarę użytkowania i nie spada samoistnie gdzieś w czeluściach tej małej kieszonki w torebce. Na mrozie sztyft nieco trudniej się rozprowadza – Carmex nie ma tego problemu nigdy.

Krem na dzień Optymalne Nawilżenie do skóry suchej

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Moje największe rozczarowanie. Krem obiecuje wiele, ale nie należy się wiele po nim spodziewać.

Właściwie to wiele obiecuje polski dystrybutor. Na opakowaniu w języku polskim napisano, że jest to „krem na zimę”, „chroni skórę przed wpływem niekorzystnych warunków zimowych”, „szczególnie polecany na okres chłodów i zimy”. Kiedy zdejmie się kartonową osłonkę, można przeczytać oryginalny opis producenta. Tam o zimie i mrozie nie ma ani słowa! A ja go kupiłam właśnie dlatego!

Kiedyś Neutrogena miała w ofercie tłusty krem do twarzy na mróz, idealny dla narciarzy. Był takim totemem wśród moich koleżanek z klubu narciarskiego. Każda chciała się nim smarować. Już go nie produkują, więc gdy zobaczyłam produkt reklamowany jako krem na mróz, od razu się skusiłam.

Krem ma subtelny i nietrwały zapach, lekką konsystencję, filtr SPF 10, szybko się wchłania, nie pozostawia tłustego filmu na skórze. Ma się wręcz wrażenie, że zniknął zupełnie i tu właśnie mamy do czynienia z rozczarowaniem. Skóra sucha „nie napoi” się tym produktem. Uczucie lekkiego ściągnięcia pozostaje. Dodatkowo moja cera naczynkowa lekko się różowi po zastosowaniu produktu. Jednak na plus trzeba mu zaliczyć, że jest komfortową bazą pod makijaż.

Chciałabym go móc przetestować w warunkach naprawdę zimowych, ale takie ostatnio w Polsce nie występują.

Krem do rąk szybko wchłaniający się

Stoi na biurku, żeby był pod ręką. Doskonały do codziennej pielęgnacji, o delikatnym zapachu, gęsty i kremowy, ale rzeczywiście szybko wchłaniający się – można od razu siadać do komputera.

Pozostawia na rękach nietłustą, ale wyczuwalną warstwę. Jeden z moich ulubionych kremów do rąk. Zdecydowanie produkt na chłodniejszą część roku, ponieważ na upalnie lato ten produkt jest za gęsty.

Balsam do ciała z maliną nordycką

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Obecnie to mój ulubiony balsam do ciała. Przyjemnie choć krótko pachnie, doskonale się wchłania, natłuszcza, nawilża, pielęgnuje, wygładza. Stosuję go zimą, bo jego gęsta konsystencja daje wrażenie otulenia i ochrony skóry. Mimo bogatej konsystencji nie jest lepki i szybko się wchłania.

Balsam jest dostępny w dużym opakowaniu, z pompką, co według mnie powinno być obowiązkowym opakowaniem kosmetyków tego typu, ponieważ o poranku czas jest cenny.

Wakacyjny tatuaż

źródło: pinterest.com

źródło: pinterest.com

Na nadmorskim deptaku wśród wielu artykułów pierwszej potrzeby można zawsze znaleźć stoisko z tatuażami z henny. Nieważne czy to plaża nad Bałtykiem, Adriatykiem czy innym morzem – ciało się odsłania, ciało się opala, ciało trzeba przyozdobić. Wakacyjny tatuaż z henny to mój dziecięcy zwyczaj, któremu hołduję od lat. Zaczynałam od rysunków-marzeń – tu chcę gwiazdeczkę, tu słoneczko etc. Patrząc na historię moich słitaśnych tatuaży, cieszę się, że nigdy nie wykonałam prawdziwego. Teraz idę w obciach. Delfinek? Serce w różach? Proszę bardzo! Już siedzę na stołeczku i czekam na swój „oryginalny” rysunek odrysowany z szablonu.

Ale malowanie henną może być nie tylko dla beki. Można malować henną ładnie, a nawet artystycznie. Marzy mi się taki rysunek nawiązujący do tradycyjnego malowania mehndi:

źródło: pinterest.com

źródło: pinterest.com

Henna może uczulić, zwłaszcza gdy nie jest to prawdziwa henna, tylko tzw. czarna henna, zawierająca PPD – substancję mogącą dać gwałtowną reakcję alergiczną, a nawet ropiejące rany i trwałe blizny. Tę oryginalną hennę rozpoznaje się po zapachu podobnym do woni siana. Na skórze daje ona efekt od brązowego do pomarańczowego, nigdy czarny. Aby rysunek był trwały, trzeba czasu. W przypadku „henny znad morza” efekt jest natychmiastowy. Dobrze, że sztuczna henna mnie nie uczula.

Z lodówki do łazienki

Z lodówki do  łazienki, fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Organicznie, ekologicznie, slow, flow i w harmonii – tak się teraz żyje modnie i dobrze. I tak się też dba dziś o ciało. W poszukiwaniu zdrowia i piękna bez sztucznych składników można sięgnąć po… jedzenie. Co można znaleźć w kuchni i wykorzystać inaczej niż wkładając do garnka? Oto lista alternatywnych zastosowań zawartości przeciętnej lodówki.

Ocet jabłkowy

Podobno świetnie oczyszcza włosy i odświeża loki. Do stosowania kilka razy w tygdoniu lub nawet codziennie. Najlepiej wypłukać włosy po umyciu szamponem, ale zapach octu jabłkowego pozostaje na włosach i jest inetnsywny. Z tego powodu radzi się najpierw wypłukać włosy octem jabłkowym, a dopiero potem je umyć delikatnym szamponem, najlepiej dla dzieci.

Mleko i jogurt

Zamiast płynu do demakijażu, nawet oczu. Mlekiem lub jogurtem nasączamy wacik, przecieramy skórę, pozostawiamy na kilka minut i ścieramy wacikiem. Podobno świetnie działa na skórę, zwłaszcza w połączeniu z miodem. Zaleca się niespłukiwanie twarzy, ale ja bym się na to nie zdecydowała.

Oliwa z oliwek

Oliwa sprawdza się jako środek do demakijażu oczu. Nasączony wacik przykładamy na kilka chwil do powieki, aby rzęsy nasiąkły i delikatnie ścieramy pozostałości tuszu. Zaskakująco skutecznie zmywa tusz do rzęs i eyeliner. Niestety jej oleista konsystencja jest trudna do usunięcia. I ten zapach.

Rumianek

Znany od pokoleń „rozjaśniacz” włosów. Sama, będąc nastolatką, płukałam włosy rumiankiem, aby lekko je rozjaśnić i dodać im świetlistych refleksów. Wtedy działało. Dziś wiem, że pomaga… słońce. Najprostszy sposób na wykorzystanie rumianku: mocny wywar rumiankowy przelać do butelki ze spryskiwaczem i nałożyć na włosy przed wyjściem na zewnątrz. Ja chyba spróbuję.

Cukier i sól

Podstawowe składniki domowych eliksirów piękna i młodości, czyli peelingów. Polecam wpis o tym, jak zrobić domowy peeling gruboziarnisty. Cukier jest również używany do produkcji pasty cukrowej służącej do depilacji. Osiągnięcie idealnej konsystencji wymaga czasem kilku prób, podobnie własnoręczna depilacja trudno dostępnych miejsc. Ja jednak pozostanę na stanowisku, że najdokładniej wychodzi to kosmetyczce.

Czy balsam pod prysznic działa?

Odżywczy balsam do ciała pod prysznic, fot. Zalotka.pl

Odpowiedź jest krótka: działa. Efekt jest porównywalny jak po zastosowaniu normalnego balsamu do ciała. Co więc zyskujemy korzystając z balsamu pod prysznicem a nie po nim?

Nivea – bo o ich produkcie mowa – przekonuje, że 4 minuty dziennie. Naprawdę potrzeba aż 4 minut, żeby się „zabalsamować”? Nie sądzę. Ale obalanie mitów zostawiam Adbusterowi.

Balsam do ciała pod prysznic Nivea to wciąż kolejny kosmetyk do wcierania, więc nie oszczędzamy na ilości kosmetyków.

Mam suchą skórę i odżywczy balsam Nivea daje mi przyzwoite poczucie komfortu. Nie można tego porównać z wcieranie w wilgotną i rozgrzaną tuszem skórę oliwki. Nivea jednak pozwala się od razu ubrać i nie pozostawia na skórze charakterystycznego zapachu. Hm, coś za coś.

Producent zaleca, aby użyć balsamu pod prysznicem a potem spłukać pozostałości. Ta sugestia powoduje, że ochoczo i obficie pokrywam ciało balsamem, więc szybko zobaczyłam dno. Rzeczywiście odnoszę wrażenie, że butelka szybciej się kończy niż standardowy balsam.

Jaką zatem korzyść odnosimy z nowego produktu Nivea? Według mnie świetnie się sprawdza latem i w podróży. Latem ponieważ nie trzeba się wycierać i znowu pocić: kąpiel, balsam i schniemy. W podróży, czyli np. na Mazurach (portowe „łaźnie”), w Bieszczadach (wspólna łazienka w agroturystyce), na objazdowych wakacjach – wszędzie tam, gdzie wejście do łazienki jest starciem między poczuciem obrzydzenia do „obcego” a potrzebą bycia czystą polecam balsam Nivea: byle szybciej i, broń Boże, niczego nie dotykaj żadnym kawałkiem ciała. Ale we własnej łazience jest przecież tyle innych cudowności do wcierania, masowania, wklepywania…

Cena: ok. 17 zł za 250 ml. ok. 25 zł za 400 ml

4 zastosowania wazeliny

Wazelina, fot. Zalotka.pl

Wazelina. Znajdziemy ją w każdej kosmetyczce. Do czego może się przydać?

Wazelina to produkt destylacji ropy naftowej. Jej kosmetyczna wersja ma postać bezwonnej mazi. Najczęściej dodaje się do niej barwniki i aromaty, choć w Polsce najpopularniejsza jest chyba czysta wazelina Ziaji. Przynajmniej ja zawsze mam ją w łazience. Po co?

Do skórek

Wazeliną zastąpiłam płyny i żele zmiękczające skórki. Raz w tygodniu wcieram dużą ilość wazeliny w każdy paluszek, odczekuję chwilę lub dłuższą chwilę, jeżeli akurat skończyły się czyste kubki („Kochanie, zmyjesz już do końca? Inaczej będą leżały do rana, bo robię paznokcie”) i patyczkiem odsuwam skórki. Patent z wazeliną podłapałam od kosmetyczki, która bez żenady wyjęła pudełeczko flagowego produktu Ziaji wykonując mi manicure za 85 zł. Zamurowało mnie, a że w mych żyłach płynie krakowska krew, postanowiłam, że ostatni raz daję się tak oskubać.

Wazelina dobrze się sprawdzi także jako zabezpieczeni skórek przed lakierem do paznokci. Raz wypróbowałam, ale to czasochłonne – zdecydowanie szybciej i łatwiej dokonać poprawek zmywaczem w pisaku na dwóch paznokciach, niż zabezpieczać dziesięć na wszelki wypadek.

Do ust i na przesuszone miejsca

Ze względu na lepką warstwę nie jestem zwolenniczką wazelinowania ust, chociaż natłuszczające właściwości tego mazidła są nieporównywalne z żadnym innym kosmetykiem do ust. Wazelina nie pasuje mi także z jeszcze jednego powodu – nie ma tu żadnej przyjemności stosowania. Co ciekawe, ta „czystość” wazeliny jest atutem, jeśli chodzi o ciało i ratowanie przesuszonych kolan i kostek.

Do peelingu

To najszybszy peeling: wazelina i sól lub cukier. Mam problem z zaburzeniem rogowacenia naskórka, więc peeling ramion, gdzie umiejscowiła się moja przypadłość, wykonuję dość często. Wazelina przy okazji natłuszcza skórę. Odnoszę też wrażenie, że peeling jest delikatniejszy.

 Pod oczy

Odkryłam to zastosowanie wazeliny, kiedy wokół oczu pojawiła się przesuszona skóra. Wazelina szybko sobie poradziła z problemem, a dodatkowo bardzo dobrze nawilżyła skórę pod oczami. I te drobne zmarszczki, które widzę tylko ja, też jakby mniejsze. Minus ogromny za konsystencję: trzeba wklepywać.

Choć wazelina ma dobre właściwości natłuszczające, to nie może być jedynym kosmetykiem, np. do ust, ponieważ długotrwałe stosowanie tylko wazeliny może prowadzić do… przesuszenia. I koło się zamyka.