Zima może sobie być byle jaka, ale jednak daje się we znaki. Wiatr i chłód wystarczą, by na dziecięcych policzkach pojawiła się sucha skóra. Wiadomo, że dzieci nie potrzebują wielu kosmetyków, ale zimą pielęgnacja ich skóry wymaga nieco więcej zachodu. Co się sprawdza u nas? Czytaj dalej

Cienkie i przyklapnięte włosy – tym obdarzyła mnie natura. Ale nie jesteśmy tu po to, aby ronić łzy, lecz by szukać rozwiązań. Oto mój sposób na uzyskanie większej objętości przy cienkich włosach.

Szampon owszem, ale odżywka?

Magia zaczyna się pod prysznicem, czyli od szamponu i odżywki. Idealny szampon można odkryć jedynie metodą prób i błędów, ale nawet wtedy warto go zmieniać. Ja mam zwykle 2 szampony na podorędziu. Stosuję przez tydzień i zmieniam. I tak w kółko.

Polecam raz w tygodniu umyć włosy szamponem oczyszczającym, który dokładnie usuwa wszelkie pozostałości innych kosmetyków. Czemu nie można go stosować zawsze? Bo plącze i przesusza włosy.

Odżywka do włosów jest często pomijana przez kobiety z oklapniętymi włosami, a to błąd. Trzeba dobrać lekki kosmetyk, niekoniecznie z serii, z której jest szampon (więcej o moim odkryciu posiadania szamponu i odżywki z różnych parafii). Rozczesywanie włosów z odżywką pod prysznicem i dopiero potem spłukiwanie kosmetyku jest również dobrym pomysłem.

 

Stylizacja włosów bez objętości

Najpierw należy określić, z czym jest problem. Po pierwsze, moje włosy lubię nosić odbite od nasady. Rozwiązanie jest proste – pianka zwiększająca objętość. U mnie sprawdza się produkt drogeryjny, czyli pianka Nivea. Jest wydajna, nie lepi się, odbija i utrzymuje włosy.

Drugi problem dotyczy włosów na ich długości. Nie jestem zadowolona z tego, że moje włosy zajmują tak mało miejsca wokół mojej twarzy. Rozwiązaniem jest dodanie im nieco grubości. A do tego najlepiej sprawdza się spray teksturyzujący. Jego zadaniem jest zmatowienie włosów. Dzięki temu nie będą one sypkie i śliskie, będzie więc można ułożyć fryzurę z objętością. W moim przypadku wybór odpowiedniego kosmetyku nie był taki łatwy. Zaliczyłam salt spray’e (Toni&Guy, który nie utrzymywał efektu oraz Schwarzkopf, który sklejał włosy) i kilka innych wynalazków, jak pasty do messy hair effect, żele w sprayu do utrzymania fal. Teraz zaczęłam używać spray’u teksturyzującego L’Oreal TechniArt, który dobrze się sprawdza, gdyby nie fakt, że pachnie jak daleki kuzyn L’Eau par Kenzo. Tego zapachu znieść nie mogę. Poszukiwania sprayu teksturyzującego trwają. Jeśli możesz mi coś polecić, pisz!

Narzędzia podstawowej stylizacji

Ważne jest jak i czym suszyć cienkie włosy. Celem jest jak najkrótsze wystawianie ich na działanie temperatury. Zwykle pianka i spray teksturyzujący oraz tarzanie się przez sen w poduszce świetnie poradzą sobie z ułożeniem włosów w ciągu nocy. Jednak minus jest taki, że nad taką “stylizacją” nie da się zapanować. I choć często preferuję suszenie bez kontroli w nocy (wiem, słyszałam o łamaniu włosów w czasie tarzania się – wygoda wygrywa), to czasem chcę mieć pewność, jaką fryzurę będę mieć następnego dnia.

Do moich podstawowych akcesoriów do stylizacji należą szczotka i suszarka z koncentratorem. Zatrzymajmy się przy szczotce. To model XL Pro Vent marki Olivia Garden, co odkryłam przygotowując ten wpis :-).

Szczotka jest antystatyczna. Ma duże otwory i służy do stylizacji włosów na gładko. Wszystko w niej lubię. Jest duża, przez co szybko i łatwo rozczesuje włosy. Ma długie zęby, które sięgają do nasady włosów, czego nie potrafi Tangle Teezer. Jej rozmiar oraz duże otwory przyspieszają suszenie bez przegrzewania włosów. Efekt, jaki daje, czyli lśniące, wygładzone włosy bardzo mi się podoba. Użyty wcześniej spray i pianka powodują, że włosy nie są ulizane i płaskie.

 

Suszarkę kupiłam jakiś rok temu, kierując się zasadami z tego wpisu. Miałam także ograniczenie budżetowe: ok. 100 zł. Kupiłam model Remington Pro-Air Turbo, która ma 3 stopnie regulacji temperatury i 2 stopnie regulacji siły nawiewu. Posiada koncentrator (nasadką z wąską szparą) oraz dyfuzor. Nawiew zimnego powietrza szybko schładza i utrwala fryzurę. Jest jeszcze jonizacja. Jestem z niej bardzo zadowolona, choć byłaby idealna, gdyby się składała. Ale takie rzeczy nie w tym przedziale cenowym.

Jak suszyć?

Zaczynam od pozostawienia włosów, aby przeschły na powietrzu. Właścicielki cienkich włosów wiedzą, że nie trzeba dużo czasu, aby wierzchnia warstwa zaczęła wysychać i puszyć się. To moment, by sięgnąć po suszarkę i suszyć włosy z głową opuszczoną w dół.  Aby zniwelować puszenie się, suszarkę kieruję w podłogę, czyli z włosem. Przeczesuję i unoszę pasma szczotką.

Gdy włosy są niemal suche, podnoszę głowę i suszę je niedbale w różnych kierunkach. Na koniec wygładzam włosy za pomocą strumienia zimnego powietrza z suszarki pilnując, aby nie robić tego pod włos. Tu także pomocna jest szczotka. Efekt końcowy wygląda tak:

Mam codzienną fryzurę, której wysuszenie i stylizacja zajęły mi dokładnie 7 minut.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Będąc w podróży kupiłam krem, bo zapomniałam swojego z domu i uznałam, że zwykły “nawilżacz” da radę. Otóż nie dał rady. Doszłam jednak do wniosku, że to nie krem jest zły, a moja skóra najwidoczniej jest już wymagająca.

Nivea Aqua Effect to krem nawilżający na dzień w wersji do cery suchej i wrażliwej. Ogólnie robi dobre wrażenie: ma solidny słoiczek, jest wydajny i daje uczucie nawilżenie, ale kompletnie nie nadaje się na krem dzienny, ponieważ długo się wchłania, a skóra się świeci, przez co jest zdyskwalifikowany jako baza pod makijaż.

Czas stanąć oko w oko z prawdą, że jeśli jeszcze raz zapomnę spakować krem do twarzy, to wersją budżetową się nie uratuję. Trzeba będzie pójść w koszta, bo mam swoje wymagania co do kremu do twarzy.

Cena: ok. 20 zł

Odżywczy balsam do ciała pod prysznic, fot. Zalotka.pl

Odpowiedź jest krótka: działa. Efekt jest porównywalny jak po zastosowaniu normalnego balsamu do ciała. Co więc zyskujemy korzystając z balsamu pod prysznicem a nie po nim?

Nivea – bo o ich produkcie mowa – przekonuje, że 4 minuty dziennie. Naprawdę potrzeba aż 4 minut, żeby się “zabalsamować”? Nie sądzę. Ale obalanie mitów zostawiam Adbusterowi.

Balsam do ciała pod prysznic Nivea to wciąż kolejny kosmetyk do wcierania, więc nie oszczędzamy na ilości kosmetyków.

Mam suchą skórę i odżywczy balsam Nivea daje mi przyzwoite poczucie komfortu. Nie można tego porównać z wcieranie w wilgotną i rozgrzaną tuszem skórę oliwki. Nivea jednak pozwala się od razu ubrać i nie pozostawia na skórze charakterystycznego zapachu. Hm, coś za coś.

Producent zaleca, aby użyć balsamu pod prysznicem a potem spłukać pozostałości. Ta sugestia powoduje, że ochoczo i obficie pokrywam ciało balsamem, więc szybko zobaczyłam dno. Rzeczywiście odnoszę wrażenie, że butelka szybciej się kończy niż standardowy balsam.

Jaką zatem korzyść odnosimy z nowego produktu Nivea? Według mnie świetnie się sprawdza latem i w podróży. Latem ponieważ nie trzeba się wycierać i znowu pocić: kąpiel, balsam i schniemy. W podróży, czyli np. na Mazurach (portowe “łaźnie”), w Bieszczadach (wspólna łazienka w agroturystyce), na objazdowych wakacjach – wszędzie tam, gdzie wejście do łazienki jest starciem między poczuciem obrzydzenia do “obcego” a potrzebą bycia czystą polecam balsam Nivea: byle szybciej i, broń Boże, niczego nie dotykaj żadnym kawałkiem ciała. Ale we własnej łazience jest przecież tyle innych cudowności do wcierania, masowania, wklepywania…

Cena: ok. 17 zł za 250 ml. ok. 25 zł za 400 ml

Wpadł mi w ręce mocno reklamowany regenerujący balsam do ciała Nivea SOS. Używam od jakiegoś czasu i jestem zadowolona.

Po pierwsze: zapach. Do kosmetyków Nivea mam dwojaki stosunek. Z jednej strony lubię ten ich rozpoznawalny zapach, kojarzący się z dzieciństwem i troskliwą opieką, która wyrażała się w grubej warstwie kremu na policzkach. Z drugiej – tenże zapach mnie drażni swoją wszędobylskością. W regenerującym balsamie dodano olejek z nagietka, więc balsam Nivea nie pachnie tradycyjnym kremem Nivea. Idźmy dalej. Czytaj dalej