fot. zalotka

  1. Ulubione zapachy znanych kobiet-ikon. Marylin Monroe mogła tylko mówić o Chanel 5, ale tak naprawdę lubiła zupełnie coś innego. [harpersbazaar.com]
  2. W Norwegii nie możesz być kimś lepszym. Bardzo ciekawy reportaż Dużego Formatu. [wyborcza.pl]
  3. Oto lista roślin-oczyszczaczy powietrza zatwierdzona przez NASA. [boredpanda.com]
  4. Do kobiety z metra, która zwróciła mojemu dziecku uwagę. [matkatylkojedna.pl]
  5. Janni Deler i jej stylizacje bardzo mi się podobają. [jannideler.com]

Fot. z mojego Instagrama – zapraszam!

L'Occitane krem do rąk

Krem do rąk L’Occitane, o którym pisałam tutaj, to wciąż najlepszy produkt do pielęgnacji dłoni w mojej ocenie. Duża tuba jest ekonomiczna, ale z powodu wydajności kremu, jest jak niekończąca się opowieść. Teraz więc wybieram tzw. opakowania podróżne.

Kremy do rąk L’Occitane są dostępne w wielu zapachach, limitowanych kolekcjach, etc. ale wydaje mi się, że tylko w dwóch wersjach konsystencji: jako krem do rąk i jako aksamitny krem do rąk. Mam oba, więc oczywiście je porównam.

L'Occitane krem do rąk

Aksamitny krem do rąk (Velvet hand cream) to zapachowa wariacja kremu z masłem shea. Jest gęsty, bogaty, pozostawia na skórze dłoni wyczuwalną otoczkę. Widocznie rozjaśnia i wyczuwalnie wygładza skórę. Jego obecność jest wyczuwalna na skórze przez długi czas, ale nie jest lepki, nie daje uczucia ciężkości. Mój krem jest z serii Arlesienne (ma inną niż obecnie dostępna tubkę) i jest to prawdziwa kwiatowa bomba. Zapach jest długotrwały i piękny.  Mnie najbardziej kojarzy się z vintage pudrem do twarzy. Pamiętacie? Kiedyś pudry były bardzo mocno perfumowane.

L'Occitane krem do rąk

Krem do rąk zaś mam z serii Collection de Grasse. Ma zapach zielonej herbaty i gorzkiej pomarańczy – jest bardzo odświeżający. Ma zupełnie inną konsystencję. Jest lekkim balsamem, który w czasie rozcierania staje się wodnisty, by zupełnie zniknąć. Ma niemal matowe wykończenie. Również zawiera masło shea, ale nie jest tak gęsty jak wersja aksamitna.

Kremy nie zawierają olejów mineralnych, parabenów czy triklosanu, ale oczywiście nie są to produkty ekologiczne, więc zwolenniczki zielonych kosmetyków mogą być zawiedzione składem.

źródło: pl.loccitane.com

Właściwie nie wiem, ile jest wersji zapachowych tych kremów…

Cena: 32 zł za 30 ml.

Clinique Pep-Start Hydroblur

Clinique i nowa seria Pep-Start to produkty dla młodych cer i nowych klientek marki – to trzeba sobie jasno powiedzieć. Do tych produktów pchnęła mnie ciekawość, bo podejrzewałam, że nie jest to formuła, która może przysłużyć się mojej skórze (sezon grzewczy w tym roku odczuwam wyjątkowo mocno – po godzinnych zakupach w centrum handlowym potrzebna była maseczka).

Krem Clinique Pep-Start Hydroblur ma bardzo gęstą, stałą, trochę żelową, sorbetową konsystencję i delikatny, różowy kolor. W kontakcie ze skórą okazuje się być niezwykle lekki. Ma doskonałe matowe wykończenie, które powoduje, że skóra jest gładka, jak po zastosowaniu bazy pod podkład. Jednak nie można o nim powiedzieć, że to produkt matujący! Po taki z moim typem cery nawet bym nie sięgnęła. To dobry nawilżacz, który można zastosować – zgodnie z opisem producenta – na każdy typ skóry. I ja się z tym zgodzę, bo każda skóra potrzebuje nawilżania, nawet problematyczna.

Stosowałam ten krem przez tydzień i tylko rano. Bardzo podoba mi się jego matowe wykończenie, które stanowi super bazę pod makijaż. Skóra jest wygładzona i rozświetlona. Krem daje poczucie nawilżenia w ciągu dnia, ale nie jest bogaty i myślę, że o tej porze roku, gdybym nie wspomagała się wieczorną maseczką czy olejkiem, nie dałby sobie rady z pokonaniem uczucia ściągnięcia. Podobnie z wypryskami, zaczerwienieniem czy głębszymi zmarszczkami. Hydroblur otacza skórę rodzajem delikatnego welonu, ale nie jest stworzony do walki z konkretnymi problemami, choć nazwa może sugerować, że czyni je mniej widocznymi (ang. blur – zamazywać).

Nie przegap nowych postów – kliknij tutaj i polub moją stronę na Facebooku.

Producent sugeruje, że kremu można używać do poprawek makijażu w ciągu dnia ze względu na jego matowy efekt. Jestem minimalistką, ale nie mieszajmy pojęć. Jeśli skóra się świeci, należy ją przypudrować, użyć bibułek, ale nakładanie na nią kremu, nawet bardzo lekkiego, będzie skutkowało bałaganem. Nie polecam.

I jeszcze jedna cecha Hydroblur wymaga wzmianki. Cena. Jak na kosmetyki Clinique jest bardzo przystępna. Dzięki niej młode klientki mają szansę poznać markę i związać się z Clinique.

Zbierając moje wrażenia w jedno zdanie: Hydroblur to nawilżający krem dla cer normalnych oraz mieszanych, tłustych, świecących się, o matowym wykończeniu, nadający się jako baza pod makijaż.

Cena: 69 zł za 30 ml, 95 zł za 50 ml.

Cała seria Pep-Start ma 4 produkty: 2 kremy do twarzy, krem pod oczy i peelingujący żel do oczyszczania twarzy.

YouTube logo

Vlogi Casey’go oglądało sporo ludzi. Właściwie to bardzo dużo ludzi. Ma 5,8 mln subskrybentów. Casey właśnie ogłosił, że już go to nie kręci, więc kończy z codziennym vlogowaniem i zajmie się nowymi projektami, bo oczywiście z YT nie znika. Jednak jego decyzja pozostawi wyrwę w naszych sercach, a zwłaszcza wieczorach, gdy dzieci już śpią i pora zapodać jakąś rozrywkę. Jak zapełnić pustkę po Casey’m? Jest kilka typów, choć oczywiście w sztuce robienia ładnego 10-minutowego wideo o niczym Casey’mu mało kto dorówna.

  1. Jon Olsson

Sympatyczny i uśmiechnięty Szwed, były narciarz wyczynowy. Obecnie przedsiębiorca i youtuber, który vloguje wraz z Marcusem oraz swoją dziewczyną Janni Deler. Jest tu dużo ładnych obrazków, podróży, treningów i słońca Marbelli.

  1. Krzysztof Gonciarz

Czasem marudny, czasem neurotyczny, zwykle ciekawy Krzysztof oraz wyluzowana Kasia Mecinski vlogują przede wszystkim z Japonii.

  1. Mr Ben Brown

Filmy z serii Visual Vibes zapierają dech w piersiach. A to tylko YouTube , chciałoby się rzec. Dobrze się na to patrzy.

* YouTube to moje uzależnienie. Dla znajomych jestem Królową Jutuba.

minimalizm

Minimalizm to jest wspaniałe poczucie wolności od rzeczy. Nie straszą mnie sterty prania do zrobienia ani kurzące się bibeloty. W mojej kuchni blaty są niemal wolne od sprzętów, a z szafy nie wysypują się ciuchy, więc mam co na siebie włożyć. Jak to się stało? Przestałam kupować impulsywnie (zadaj sobie moich 5 pytań zanim kupisz), bo dotarło do mnie, że to, czego potrzebuję, najczęściej już mam.

Inwestuję w coś, co mi się podoba i będzie mi długo służyło. Pozbywam się rzeczy, które żądają mojego czasu i pracy, same niewiele dając w zamian. Dobrym przykładem są bibeloty, nadmiar ozdób, rzeczy, dla których w szafkach, szufladach i półkach nie ma miejsca, więc zagracają przestrzeń. Tu dochodzimy do ważnej funkcji rzeczy – ich przydatności.

Polub moją stronę na Facebooku, a nie przegapisz nowych wpisów!

Rzeczy w moim domu muszą „zasłużyć” na swoje miejsce. Jeżeli ich nie używam, staram się znaleźć im nowych właścicieli – sprzedaję, oddaję. Rzeczy nie do naprawy wyrzucam. W ten sposób nie ma sytuacji, że niby mam pościel, ale tu potargała się poszewka na kołdrę, a w tamtym komplecie jest poplamiona poszewka na poduszkę, więc takiej zdekompletowanej właściwie nie używam.

Kupowanie rzeczy ładnych i dobrych oznacza, że pozostają ze mną na dłużej. Świadomość posiadania i poczucie spełnienia oczekiwań, prowadzi do ograniczenia potrzeb. To z kolei niesie za sobą ograniczenie konsumpcji. I tu dochodzimy do listy rzeczy, których już nie kupuję.

fot. zalotka.pl

Pościeli, kołder i ręczników

Ręczniki są wyliczone – tygodniowy zestaw na osobę plus po jednym ręczniku na głowę w zapasie, dwa komplety dla gości oraz kilka mniejszych ręczników do rąk, bo te rotują najszybciej. Piorę je w kółko i nie zbierają się w gigantyczną hałdę prania.

Pościel też jest w moim domu wyliczona. Po dwa komplety na każde łóżko domownika. Dzieci mają ponadto po dwa dodatkowe prześcieradła, co w praktyce okazało się zbytkiem. Spokojnie dają radę w dorosłej opcji. Dla gości mam jeden komplet pościeli, a jeżeli chcę upchnąć więcej człowieków i rozkładam dmuchany materac, oddaję im swoją kołdrę i przykrywam się kocem. Pościel staram się zmieniać co tydzień, ale czasami mi nie wychodzi.

Nie mam w domu kołdry zimowej, letniej, przejściowej – latem śpię pod samą poszewką, a zimą pod najchłodniejszą kołdrą z Ikea. Jak marznę, oznacza to, że będę chora, bo temperatury w domu pilnuje kontroler i nie zdarzają się u nas wychłodzenia.
Zredukowanie liczby bielizny domowej sprawiło, że kosz na pranie przestał się przesypywać. Polecam Ci to uczucie.

Firanek, zasłon i obrusów

Firanek nie mam. Wynika to z czystej nienawiści do wieszania firanek i uczucia ścierpniętych rąk. Jako dziecko pomagałam babci w ich rozwieszaniu. Babcia prała firanki regularnie, a dom miał wiele okien. Każdy ma jakąś drobną wadę – nawet babcie.

Zasłony mam całoroczne – jak wiszą, to wiszą, jak nie wiszą, to się piorą.

Obrusów nie mam, ponieważ lubię stół bez takiego nakrycia. W Wigilię nakrywam jedynym, jaki posiadam – klasycznym, białym, grubo tkanym obrusem.

fot. zalotka.pl

Zastawy stołowej

Na co dzień wystarcza nam podstawowy zestaw, który kiedyś zawierał po 12 talerzy. Teraz głębokich jest może 6, a dużych chyba 10. Do tego dochodzi plastikowa zastawa dzieci i dodatkowe miseczki na sałatki. Przyznaję, że nie chce mi się przelewać zupy do wazy i robię to jedynie od wielkiego dzwonu, ale gdy przyjeżdżają goście, jedzą na tej samej zastawie, z której korzystamy na co dzień.

W moim domu nie mam miejsca na trzymanie dodatkowej zastawy stołowej, co rozwiązuje kolejny problem: gdybym miała na nią miejsce, nie potrafiłabym zdecydować, czy chcę klasyczne babcine talerze ze złotym rantem i w drobny kwiatek, wzory z Bolesławca czy nowoczesną zastawę Ćmielów-Chodzież. O jeden ból głowy mniej!

Bielizny w kolorach tęczy

Nie muszę. Moja baza, czyli capsule wardrobe, jest klarowna. Potrzeba mi więc niewiele, jeśli o biustonosze chodzi: ciemny, cielisty, z koronki, fantazyjny i sportowy.

Torebek

Torebek nie kupuję, bo zawsze stanowiły dla mnie rozczarowanie, więc mam rozwiązanie tymczasowe. Trwam chwilowo przy dwóch. Jedna jest obszernym codziennym workiem, druga elegancką kopertówką. Wciąż szukam tej Idealnej Torebki. Będzie z delikatnej karmelowej skóry, miękka, z wystarczająco długimi uszami, aby wygodnie zarzucić torbę na ramię, obowiązkowo z dłuższym paskiem, bo jestem mamą i muszę mieć dwie wolne ręce. W środku będzie jaskrawa podszewka i już nigdy nie zginie mi ani czarny telefon, ani czarny futerał na okulary. Znacie takie cudo? Dajcie znać w komentarzach!

Każdej książki w wersji papierowej

Książki w wersji papierowej kupuję dzieciom i na prezenty, a sobie – po głębszym zastanowieniu. Zwykle kupuję e-booki, zwłaszcza jeśli są to kryminałki lub inne szybko konsumowane powieści. W biblioteczce trzymam książki ładnie wydane, ważne dla mnie, takie, które chciałabym podsunąć dzieciom, gdy podrosną. Reszta mieści się w Kindle’u.