Pielęgnacja skóry jest dla mnie dużo ważniejsza niż makijaż, a nawet nowości perfumiarskie (nie sądziłam, że do tego dojdzie ????). Nie zawsze tak było, ponieważ moja skóra dobrze reagowała na prostą pielęgnację – oczyszczanie jedynie płynem micelarnym, potem krem nawilżający, na noc krem odżywczy. I tyle. Choć może nie do końca chodzi tu tylko o fart, ponieważ za tymi kilkoma krokami kryły się także dobre nawyki – używałam filtrów przeciwsłonecznych, unikałam alkoholu w kosmetykach (głównie dlatego, że kiedyś w ogóle nie tonizowałam cery – zresztą sporo osób twierdzi, że tonik jest niepotrzebny), nie stosowałam ciężkiego makijażu, inwestowałam w dobrze nawilżające kremy.

Dziś moja cera ma więcej potrzeb, które pojawiły się z wiekiem, ale także są wynikiem moich poszukiwań coraz lepszej pielęgnacji. Od roku zmieniam swoje tzw. rytuały pielęgnacyjne. Zaczęłam od przejścia na metodę olejowego oczyszczania twarzy, zwanego także dwuetapowym. Potem zainteresowały mnie koreańskie rytuały. Teraz mam etap poszukiwań wśród kosmetyków naturalnych, ale nie sądzę, aby była nam pisana jakaś przyszłość (szerzej poniżej).

Nowoczesna pielęgnacja jest różnorodna i można się w niej zgubić. Już nie spotyka się kremów dostosowanych do wieku. Kobiety chcą odpowiadać na potrzeby skóry, a nie korzystać z rozwiązań dla statystycznej 30-latki. Co zatem w pielęgnacji piszczy? Jakie są trendy?

Oczyszczanie króluje

Oczyszczanie stało się dla mnie ważnym punktem. Kiedyś sądziłam, że cokolwiek zmyje moją twarz, ponieważ ma z nią tak krótki kontakt. Dziś widzę różnicę między drogeryjnym „detergentem” a lekką pianką czy balsamem do demakijażu.

W docenieniu procesu oczyszczania w pielęgnacji dużą rolę odegrały kosmetyki do makijażu. Są coraz trwalsze, scalone przez cały dzień ze skórą, a wieczorem oczekujemy, że łatwo zejdą. Niestety, sam płyn micelarny nie wystarczy. I każda z nas to przyzna, widząc rano ślady tuszu wokół oczu.

Aby umyć twarz wieczorem, potrzeba dwóch kroków: zmycia makijażu i oczyszczenia twarzy. Do pierwszego etapu dobrze nadają się olejki, balsamy, kremy do demakijażu – najprościej mówiąc, coś, co „poluzuje” i rozpuści puder, podkład, filtr SPF. Dopiero potem można przystąpić do oczyszczenia twarzy, skupić się na porach skóry etc.

Do tych dwóch etapów najlepiej stosować różne kosmetyki. Rano wystarczy użyć produktu do drugiego etapu oczyszczania, ponieważ niepotrzebne jest usuwanie makijażu, a oczyszczenie buzi z nadmiaru sebum i przygotowanie jej do makijażu.

Im lepiej dobieram swoje kosmetyki do demakijażu i oczyszczania, tym mniej produktów do makijażu potrzebuję. Kiedy pielęgnacja ma priorytet, nie ma potrzeby zakrywać skóry.

Rytuały z Dalekiego Wschodu

Maseczki w płachcie, 10 kroków koreańskiej pielęgnacji, słodkie opakowania – kosmetyki z Japonii i Korei na dobre zagościły w polskich drogeriach. Koreańskie podejście do pielęgnacji jest mi bliskie z dwóch powodów. Po pierwsze, mam cerę skłonną do przebarwień, którą chronię przed słońcem. Po drugie, lubię rozświetloną karnację, a nie matową. Azjatyckie kremy i podkłady mają wysokie filtry, np. krem BB marki Missha ma SPF 42. Który europejski krem ma tak wysoki filtr?!

Przeczytaj mój przewodnik po 10 krokach w koreańskiej pielęgnacji.

Czy kosmetyki koreańskie mogą całkowicie zapanować w naszej kosmetyczce? I tak, i nie. Koreanki dbają o swoją skórę w daleko bardziej rozszerzony sposób niż Europejki. My szukamy szybkich lub wielofunkcyjnych kosmetyków. Azjatkom nie przeszkadza mnogość kroków w pielęgnacji. Drugą różnicą jest z pewnością nasza cera. „Nie ma sensu kupować azjatyckich kosmetyków typu anti-aging, bo zmarszczki nie są największym zmartwieniem Azjatek. Zmarszczki pojawiają się u Azjatek później niż u Europejek i są mniej widoczne.” [źródło]

Czytaj skład, dziewczyno!

Coraz więcej mówi się o składnikach kosmetyków. Rosnąca świadomość konsumentek pcha je do pogłębiania swojej wiedzy z zakresu związków chemicznych stosowanych w kosmetykach. Kobiety analizują składy, a te, które nie potrafią tego zrobić samodzielnie, proszą o wsparcie na facebookowych grupach. Dziewczyny wybierają produkty, w których nie występują: alokohol (wysusza), SLS-y, SLES-y (zaburzają równowagę hydrolipidową i powodują przesuszenia), emulgatory PEG i PPG  (odpowiedzialne za podatność skóry na uszkodzenia i nadwrażliwość), konserwanty syntetyczne (np. Butylparaben może uczulać)  etc. Na celowniku często są także gliceryna czy parafina (pochodna ropy naftowej, substancja wysoce komedogenna) oraz wiele substancji o dużo trudniejszych nazwach. Ponadto pod nazwą Parfum może kryć się prawie 2500 substancji niewyszczególnionych z nazwy na opakowaniu.

To na pewno dobry kierunek, ponieważ nikt nie lubi być robiony w balona i płacić, a nadto stosować na własnej skórze, szkodliwych substancji. Jak w przypadku każdego ruchu, także i tutaj nie brakuje postaw mniej i bardziej zaangażowanych, aż do skrajnych. Ja plasuję się gdzieś pośrodku, chociaż ciekawość pchnęła mnie i na spotkanie z dziewczynami prowadzącymi PiggyPEG. Analizują one składy poszczególnych kosmetyków pod kątem zastosowania w nich różnego rodzaju składników uznanych za potencjalnie szkodliwe oraz poszukują alternatywnych rozwiązań. I chwała im za to. Ich strona na Facebooku może być kopalnią wiedzy. Jednak ja nie jestem jeszcze do końca przekonana.

Naturalne, wegańskie, organiczne i z Rosji

Ekokosmetyki mają swój czas. Naturalne pochodzenie składników jest pożądane, a producenci starają się odpowiedzieć na ten popyt dostarczając kosmetyki certyfikowane (tutaj szerzej o różnych znaczkach na opakowaniach), nietestowane na zwierzętach, bez konserwantów etc. Pojawia się wiele niszowych marek, których założyciele mają misję tworzenia kosmetyków przyjaznych ludziom i planecie. Te hasła są bardzo autentyczne i ujmują rzesze kobiet, chcących zmienić swoje kosmetyki na produkty uważane za zdrowsze.

Troska o to, co każdego dnia nakładamy na skórę, także i mnie popchnęła w stronę kosmetyków ekologicznych. Moje pierwsze produkty pozytywnie mnie zaskoczyły – o czym pisałam tutaj. Moje ogólne wrażenia po kilku miesiącach stosowania ekobalsamów do ciała, dezodorantu „bez aluminium” (czyli bez chlorowodorotlenku glinu), kremów z przewagą naturalnych składników są takie, że te kosmetyki są wymagające.

Po pierwsze, wymagają ode mnie długich poszukiwań skutecznego produktu, ponieważ częściej niż przy tradycyjnych kosmetykach zdarzają się wpadki. Roślinne ekstrakty dużo częściej powodują u mnie silne zaczerwienienie. Dla mnie jest to zbyt wysoka cena, gdyż twarz mam jedną i nie jestem gotowa na eksperymenty, po których będę się zbierać kilka miesięcy.

Po drugie, wymagają ode mnie kompromisu, ponieważ często są tępe w użyciu, nie rozcierają się łatwo, nie dają szybkich efektów – mówię oczywiście tylko o tych, które sprawdziłam. Kosmetyki mają mnie rozpieszczać, a tymczasem czuję, że muszę poświęcić moje oczekiwania dla świadomości używania ekologicznego produktu. I nie zrozum mnie źle – nie jestem nieczułą na stan środowiska egoistką. Podnoszę papierki z ulicy, piję wodę z kranu, sortuję śmieci, kupuję odpowiedzialnie, utylizuję baterie, świetlówki, leki i robię całą masę rzeczy, dzięki którym mogę o sobie powiedzieć, że dbam o środowisko. Po prostu nie wierzę w każde eko i wege na opakowaniach (nie mówię o certyfikatach).

Czy rezygnuję z ekokosmetyków? Na pewno nie całkowicie. Nadal będę zwracać uwagę na skład, ale jestem teraz dużo bardziej sceptyczna, niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Nawilżaj, nawilżaj i jeszcze raz nawilżaj

Ta podstawowa prawda nigdy się nie zdezaktualizuje. Nawilżona i dobrze odżywiona skóra jest jędrna, świetlista, nie ma siateczki powierzchownych zmarszczek spowodowanych przesuszeniem. Kosmetyczki i dermatolodzy zgodnie potwierdzają, że konsekwencje dbania o cerę w wieku 20 i 30 lat, dają efekty później. Chociaż więc nie widać jeszcze zmarszczek, właśnie teraz jest moment, aby korzystać z dobrodziejstw serum i kremu. Pilne stosowanie kremów na pewno nie jest sexy i nie ma takiego efektu „wow”, jak spektakularny makijaż, ale kropla drąży skałę i warto poświęcić czas na pielęgnację.

Kobiety daleko bardziej cenią dziś makijaż, który może im dać nieskazitelną cerę w tej chwili. Wolą jego natychmiastowy efekt od kremów, których skutki stosowania można dostrzec później, za to pozostają na dłużej. Stąd tak wiele w dzisiejszych kosmetykach przenikania się: kremy są napigmentowane jak makijaż, np. kremy BB, CC, tonujące; kosmetyki do makijażu zaś, posiadają coraz więcej właściwości pielęgnacyjnych, np. zawierają antyoksydanty, peptydy, substancje nawilżające.

Twoja pielęgnacja

Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda Twoja pielęgnacja. Które trendy Cię porwały lub jesteś na nie odporna?

fot. zalotka.pl

Jednym z elementów mojego cowieczornego oczyszczania twarzy jest mycie jej żelem oczyszczającym. Zmywam w ten sposób pozostałości olejku do demakijażu. Olejek świetnie radzi sobie z „luzowaniem” kosmetyków do makijażu, które mają coraz trwalsze i komfortowe formuły. Aby mieć pewność, że moja skóra jest czysta i przygotować ją na krem, myję ją żelem.

Kiedyś w ogóle nie przykładałam wagi do tego, czym zmywam twarz – w końcu przecież kosmetyk do mycia ma bardzo krótką styczność z moją skórą. Dziś coraz częściej analizuję, czym myję skórę, ale jednak wciąż pokutują we mnie stare przyzwyczajenia. Stąd wybór żelu do oczyszczania jest raczej przypadkowy. Zwykle wpadam do drogerii i zbieram z półki coś o konsystencji żelu, bez drobinek peelingujących i dla skóry normalnej lub wrażliwej. Szerokim łukiem omijam wszelkie żele dla cer tłustych, gdyż są bardzo wysuszające i pozostawiają na mojej skórze nadzwyczaj nieprzyjemne uczucie ściągnięcia.

Takim właśnie losowym sposobem wybrałam moje dwa ostatnie żele do oczyszczania: L’Oreal Ideal Soft Żel-krem oczyszczający dla skóry suchej i wrażliwej oraz AA Żel nawilżający do mycia twarzy dla cery suchej/normalnej. Porównanie obydwu produktów jest oczywistością.

L’Oreal Ideal Soft Żel-krem oczyszczający dla skóry suchej i wrażliwej

fot. zalotka.pl

Komfortowy żel, który nie ściąga skóry, ale daje uczucie dogłębnego oczyszczenia. Moja cera potrzebuje oczywiście natychmiastowego nałożenia kremu lub olejku, choć produkt nie zawiera mydła. Nie ma także zapachu, co jest i dobre, i niedobre. E, kobiecie nie dogodzisz. Ma kremową konsystencję, dobrze się pieni, łatwo go spłukać, jest wydajny, nie szczypie w oczy. Opakowanie ma bardzo wąski otwór, więc dozowanie produktu jest łatwe. Samodzielnie radzi sobie ze zmywaniem makijażu na czwórkę – zostają resztki tuszu do rzęs czy konturówek do oczu.

AA Żel nawilżający do mycia twarzy dla cery suchej/normalnej

fot. zalotka.pl

Żel ma rzadszą konsystencję niż ten z L’Oreal. Słabiej radzi sobie z samodzielnym zmywaniem makijażu – oceniam go na 3+. Gdy używam go po olejku do demakijażu, nie mam tego uczucia, że moja skóra jest dokładnie oczyszczona. Jego właściwości nawilżające zdają się tworzyć pewną warstwę produktu na skórze i to mi nie odpowiada. Na pewno nie ma działania wysuszającego, a skóra po jego użyciu nie jest ściągnięta. Ma przyjemny i delikatny zapach, łatwo się rozprowadza, dobrze pieni, szybko spłukuje. Jednak w subiektywnym zderzeniu z żelem L’Oreal wypada gorzej.

A Wy używacie żeli do mycia twarzy? Jakie polecacie?

fot. zalotka.pl

 

źródło: drirenaeris.com

źródło: drirenaeris.com

Dwufazowe płyny do demakijażu składają się z warstwy wodnej i tłuszczowej. Ich główną wadą jest tłusta warstewka, która pozostaje wokół oczu po demakijażu. Ale zaletą jest dokładność w usuwaniu makijażu oraz delikatność – nie trzeba trzeć skóry, bo cały makijaż zbiera się na wacik kosmetyczny lekko przyłożony do powieki. Eris w serii Cleanology oferuje dwufazowy płyn do demakijażu oczu, który ma same plusy.

Płyn Erisa jest skoteczny i wyjątkowo delikatny – tusz do rzęs, wodooporna konturówka zmywają się za pomocą jednego wacika, a oczy nie szczypią i nie zachodzą mgłą, nawet jeśli resztki płynu dostaną się do oka. Tłusta warstwa na powiekach oczywiście jest wyczuwalna i najlepiej przetrzeć oczy płynem micelarnym, ale nie jest to dyskomfort na miarę podobnych produktów np. Nivea czy L’Oreal, po których na długo uprzedziłam się do płynów dwufazowych. Stosowałam kiedyś płyn Matis, ale trzeba przyznać, że jego cena jest wysoka – ok. 90 zł za 125 ml. Na jego tle cena płynu Eris jest niewygórowana, choć również nieco odbiega od standardowej – za 100 ml trzeba zapłacić 35 zł, ale warto.

Zdążyłam zużyć cały produkt, zanim o nim napisałam. Przynajmniej jest dobrze sprawdzony :-)

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

źródło: youtube

źródło: youtube

Po nitce do kłębka – tak powinno być. Ja poszłam na odwrót: na drogeryjnej półce znalazłam kłębek, czyli olejek do oczyszczania i demakijażu Bielendy, a potem dotarłam do nitki – metody olejowego oczyszczania twarzy OCM. O co tu chodzi? Po kolei, czyli zacznę od tej nitki, a później do kłębka.

Jak działa OCM?

OCM to Oil Cleansing Method, czyli olejowa metoda oczyszczania twarzy. W jaki sposób tłusty olejek ma zmyć makijaż i oczyścić twarz? Zgodnie z zasadą, że podobne rozpuszcza się w podobnym, a więc tłuszcz w tłuszczu, czyli zabrudzenia, sebum, resztki kosmetyków rozpuści odpowiednia kombinacja olejków.

OCM polega na poznaniu potrzeb skóry – wtedy nawet cery trądzikowe mogą z niej korzystać, jakkolwiek obrazoburczo to brzmi, żeby czyścić przetłuszczającą się cerę olejem.

OCM niesie ze sobą same korzyści: znikają suche skórki, wyrównuje się koloryt skóry, eliminują się drobne zmarszczki (powierzchniowe nawilżenie skóry). Warto spróbować.

Jak oczyścić twarz metodą OCM?

Schemat działania OCM jest prosty: wmasować w suchą skórę olejek, a następnie spłukać. Te dwie proste czynności można rozwinąć i stworzyć tzw. rytuał. Można ogrzewać olejek w dłoniach, można zacząć od konkretnych partii twarzy i przesuwać się ku dołowi, zostawiając demakijaż oczu na sam koniec. Potem małym ręcznikiem (to te kwadraciki o wymiarach 20×20 cm, których celu istnienia nie pojmowałam dość długo) zamoczonym w ciepłej wodzie usuwa się olejek, ale nie poprzez ścieranie go z twarzy, tylko kilkakrotne przykładanie czystego ręcznika do skóry.

Zwolennicy tej metody każą tutaj zakończyć. Twarz została oczyszczona, a przy okazji olejki pielęgnują skórę, powierzchniowo ją natłuszczają, wyrównują koloryt – niczego więcej nie trzeba. Podejrzewam, że przy zastosowaniu czystych mieszanek olejków wysokiej jakości tak właśnie może być. Lepiej jednak przetrzeć twarz tonikiem. W miarę potrzeb można zastosować krem do twarzy.

Mieszać czy kupować?

W sieci znaleźć można wiele przepisów na samodzielne wykonanie mieszanek, np. tutaj lub tutaj. Podstawowy są takie: do oleju bazowego dodaje się olej rycynowy oraz olejki o właściwościach odpowiednich dla rodzaju cery. Sporządzenie odpowiedniej mieszanki jest trudne, a eksperymenty trzeba wykonywać na własnej twarzy – ja podziękuję.

Osobiście uważam, że robienie kosmetyków w domu to wielki wysiłek, którego efekty są mizerne. Zdecydowanie należę do dziewczyn leniwych, które DIY ograniczają do ozdób świątecznych i renowacji mebli. Wolę kupić, bo w ogólnym rozrachunku jest taniej i na pewno bezpieczniej.

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Olejek Bielendy i co z tego wynikło

Uszlachetniony olejek arganowy do czyszczenia i mycia twarzy – tak brzmi pełna nazwa produktu Bielendy do olejowego oczyszczania twarzy. Czym został uszlachetniony olejek arganowy, powszechnie wielbiony za swoje wszechstronne i cudowne działania dla skóry (wzmacnia włosy,paznokcie i skórę, silnie regeneruje, łagodzi objawy trądziku, nawilża i chroni przed działaniem słońca i wiatru)? Pierwszym składnikiem produktu Bielendy jest olej mineralny (parafina) – składnik oskarżany o potworności: zatykanie porów, powstawanie zaskórników. Ten jeden składnik przekreśla produkt Bielendy w oczach ekokonsumentek. Ja dałam mu szansę.

Używam olejku z kwasem hialuronowym (jest także wersja sebum control complex dla cer tłustych i mieszanych oraz z retinolem dla skór dojrzałych) od tygodnia do codziennego demakijażu. Jest bezzapachowy.

Produktu Bielendy używa się zawsze na zwilżoną twarz – uwierzcie, wtedy jest lepiej, chociaż oryginalnie według prawideł OCM olejek powinno się nakładać na suchą twarz. Bielenda nałożona na suchą twarz… nie zmywa dokładnie makijażu, co widać po ilości powtórzeń oczyszczania oczu.

W kontakcie z wodą olejek Bielendy zmienia się w białe niepieniące się mleczko. Produkt dobrze radzi sobie z rozpuszczeniem podkładu, pudru, cieni do powiek i tuszu do rzęs. Tylko wieczorowy makijaż z dużą ilością tuszu wymagał dwukrotnego oczyszczania okolic oczu. Demakijaż jest ekspresowy, bez potrzeby przecierania twarzy wacikami – wystarczy krótki masaż dłońmi. Olejek jest łagodny i nie szczypie w oczy, jednak jest tłusty, więc oczy mogą zachodzić mgłą, co jest dyskomfortem.

Olejek widocznie pielęgnuje skórę – po umyciu nie mam uczucia ściągnięcia, a cera jest gładka jak lico mojej czterolatki. Różnicę widać po dwóch, trzech dniach stosowania. Zwykle po demakijażu sięgnęłabym bezpośrednio po krem, ale zanim to zrobię, umyję jeszcze twarz tonikiem. Ta parafina nie daje mi spokoju, choć jest składnikiem także dużo droższych kosmetyków, np. olejku ShuUemara.

Cena: ok. 19 zł

A na poniższym filmiku dziewczyna była w stanie rozetrzeć swoją maskarę na całą twarz :-)

Jest taka prosta zasada – co jest zdrowe, nie jest smaczne. Z powodzeniem można tę prawidłowość przyłożyć do żelu oczyszczjącego do twarzy Nivea Young Wash Off – co jest skutecznie, nie jest przyjemne.

Zalotka uważa ten żel za niezwykle skuteczny, ale ma awersję do jego konsystencji – jest jak niebieski kisiel z filmów SF, który oblepia twarz. Produkt jest beztłuszczowy, więc nie pozostawia uczucia lepkości, ale jest w nim coś, co jest nieprzyjemne w użyciu. Na szczęście bez oporów daje się usunąć wraz z całym przyklejonym do siebie brudem.

Mimo to nie można mu odmówić skuteczności – usuwa zanieczyszczenia i zmywa makijaż, nawet oczu, skóra jest oczyszczona, ale nie wysuszona. Zważywszy na to, że żel do mycia twarzy ma się na twarzy tylko przez kilkadziesiąt sekund, można wytrzymać nieprzyjemności aplikacji. Polecam.