Balsam do ciała – wciąż nie znalazłam mojego ulubieńca. Właściwie nie dziwię się, skoro oba balsamy, którym poświęcam dzisiejszy wpis, kupiłam impulsywnie. Jeden, bo chciałam coś wygodnego do stosowania w pośpiechu; drugi, bo chciałam coś bliżej natury, tak modnej obecnie w kosmetycznym światku. Łączy je to, że oba mają w składzie masło kakaowe. Czytaj dalej

Pieczenie skóry, częste lub ciągłe rumieńce czy uczucie napięcia zwykle prowadzą do pytań o to, czy moja skóra jest alergiczna. Tymczasem odpowiedź może brzmieć: skóra reaktywna. Co to znaczy?

Delikatne zaczerwienienia nie są powodem do paniki i każda cera może tak zareagować. Problem zaczyna się, gdy reakcja jest gwałtowna i się przeciąga. Pierwszą samodzielną diagnozą jest wtedy: „mam alergię na ten krem”, „ta szminka mnie uczula”. Ja jestem zwolenniczką nazywania takiej skóry reaktywną, nadwrażliwą, rzadziej wrażliwą, a na pewno nie alergiczną. Już tłumaczę.

Nie przepadam za podziałem cer na normalne, tłuste, suche i mieszane. Przykładowo, jest wiele rodzajów wyprysków – związanych z cyklem, z dietą czy wreszcie z alergią. Każdy z nich można nazwać wypryskiem, ale należy je potraktować różnymi sposobami. Wolę więc myśleć o potrzebach mojej cery i tendencjach do konkretnych reakcji, aniżeli przypasować ją do jednego z 4 najbardziej popularnych rodzajów. Ale to temat na inny wpis. Do reaktywności i zaczerwienień.

Alergia czy nadwrażliwość?

Skóra się czerwieni, bo coś ją zirytowało. Mogą to być czynniki wewnętrzne, np. geny, kruchość naczyń krwionośnych, płytkie unaczynienie, które w kontakcie ze zmianą temperatury, z alkoholem, twardą wodą (czynniki zewnętrzne), dają w efekcie uderzenia gorąca, czerwone policzki, suche placki i inne. Gwałtowny rumieniec, pieczenie, ściągnięcie etc. mogą być także oznaką, że skóra źle znosi konkretny składnik kosmetyku, którym ją potraktowaliśmy.

Skóra reaktywna – zwana czasem nadwrażliwą – ma tendencję do szybszej i ostrzejszej reakcji na czynniki wymienione wyżej, a także na składniki takie, jak konserwanty czy substancje zapachowe. Ale to nie oznacza z miejsca alergii. Wszak bardzo często nie mamy tu alergenu inicjującego odpowiedź immunologiczną w postaci reakcji alergicznej. Oczywiście, może się okazać, że wrażliwość skóry jest alergią, ale chcę podkreślić, że nie jest to standard.

Skóra reaktywna, a więc bardziej wrażliwa niż norma przewiduje, może mieć różne objawy. Moje to uczucie ściągnięcia i zaczerwienienie. Mogą wystąpić także: pieczenie, swędzenie, pękanie skóry, łuszczenie. Wielu dermatologów podpina cery trądzikowe i atopowe pod typ skór reaktywnych, co dla mnie ma sens.

Dlaczego tak ważne jest rozróżnienie: alergia czy reaktywność? Bo różne są sposoby radzenia sobie z objawami.

Jak uniknąć rumieńców?

Najczęściej winne są błędy w pielęgnacji. Albo zbyt intensywnie ją oczyszczasz, albo masz problem z odwodnieniem. Miałam oba kłopoty. Nawilżenie cery powinno ją ukoić. Stosowanie kosmetyków dla cer wrażliwych jest wtedy dobrym rozwiązaniem do czasu, aż cera się zregeneruje.

Często zdarza się też, że nagła zmiana kosmetyków powoduje zaczerwienienia. Ja unikam wymiany kilku „codzienników” naraz. Kosmetyki do oczyszczania, kremy włączam stopniowo do sprawdzonego rytuału. Stawiam na dermokosmetyki, choć nie tylko. Uważam na kosmetyki naturalne, bo często ich silne działanie potęguje zaczerwienienie.

Ograniczam wpływ czynników zewnętrznych, czyli alkoholu (niestety, białe wino też szkodzi), wysokiej temperatury (nie chodzę do sauny, latem noszę kapelusz), a także niskiej (zimą na nartach noszę kominiarkę).

Poznanie potrzeb skóry, sumienna codzienna pielęgnacja i unikanie czynników zapalnych nie są takie trudne, a skóra odwdzięcza się najlepszą wersją samej siebie.

fot. shanghaiexpat.com

Kosmetyki, perfumy, ciuchy – wszystko może być bardzo drogie. Naturalnie więc szukamy dobrej oferty, bo chcemy mieć „więcej za mniej”. Okazja, promocja, wyprzedaż, rozprzedaż! Ja postuluję jednak ostrożność. Czemu? Bo oszustów nie brakuje. Podobnie jak naiwnych.

Cena perfum czy kosmetyków znanych marek może być wygórowana. Często można się spotkać z komentarzami, że jest nieadekwatna do tego, co jest w środku. Składniki użyte do produkcji są tanie i łatwo dostępne, ale ostateczna cena dla klienta jest z kosmosu. Należy pamiętać, że na cenę składają się nie tylko koszty produkcji, dystrybucji, promocji i wiele innych, ale także zwykły snobizm. Drogie rzeczy przyciągają, a ich posiadanie – dla niektórych – jest wyznacznikiem jakości życia. Stąd aspiracje, aby mieć to, co znani lub podziwiani ludzie. I tu pojawiają się sposoby – jak mieć drogie rzeczy za niską cenę? Kupić podróbkę. Proste, nie?

Podrobione produkty z logo znanych firm, to jest ryzyko. Spójrzcie, jak powstają podróbki szminek L’Oreal i Shiseido, NARS i Clinique. Właściciele tej fabryki w Chinach powiedzieli, że mieli tak dużo zamówień, że wysyłali półprodukty do innych fabryk, aby sprostać zamówieniom. Te produkty zostały wysłane za granicę, aby potem… powrócić do Chin. Kupujecie na Aliexpress? A chcecie mieć taką szminkę z wiadra? Ja nie chcę. Podobnie jest u nas. Policja co jakiś czas zamyka „rozlewnię” perfum.

Nie bronię interesów wielkich koncernów. Raczej zdrowego rozsądku. Cena tzw. dóbr luksusowych jest wysoka. Można je kupić z bonifikatą, ale nie za darmo. Oferta, w której nagle mamy do czynienia z ułamkiem regularnej ceny, powinna nas zastanowić. Czy na pewno jest to oryginalny produkt, który ktoś chce wypchnąć z magazynu? Jeśli mamy wątpliwości, lepiej zrezygnować z takiego zakupu. Zwłaszcza w przypadku produktów do makijażu, kremów, perfum, które nakładamy bezpośrednio na skórę.

Skoro nie chcę podróbki, a na oryginał mnie nie stać, pozostaje jeszcze inna opcja – produkty „inspirowane”. Też powszechnie nazywa się je podróbkami. Te wszystkie Cool Woman, Enzo, Donna Karina i Lacrosse (nazwy nawiązują kolejno do Cool Water Davidoffa, Kenzo, Donna Karan i Lacoste). Oczywiście producenci nie mówią wprost, że projektując zapach dajmy na to Donna The Best marki La Rive, wzorowali się na perfumach The One Dolce & Gabbana. Ale nie jest to wiedza tajemna. Tylko czy coś w tym złego? Nie. Choć pewnie niektórzy woleliby używać tzw. niszowych i jednocześnie tanich perfum, aniżeli podróbek. Ale takie trudniej wypromować, a co za tym idzie – trudniej sprzedać. Najważniejsze, że tego typu produkty są wytwarzane przez legalnie działające firmy, a proces produkcji jest ucywilizowany i nikt z wiadra niczego nie rozlewa.

Podrabianie czyjegoś pomysłu jest problematyczne. Nikt nie chce widzieć, jak inni żerują na naszej ciężkiej pracy i mają z tego profity. Z drugiej strony, uniemożliwianie ludziom korzystania z pewnych rozwiązań tylko dlatego, że mają mniej pieniędzy, wydaje się nieetyczne. Ja tego kłopotu nie rozwiążę. Każdy ma własne podejście do tej kwestii.

A na końcu, niech mi wolno będzie postawić takie pytanie: może wcale nie potrzebujesz tej rzeczy? Może twoja potrzeba jest zachcianką? W zachciankach nie ma niczego złego, ale czasami chęć posiadania niepotrzebnej w tym momencie rzeczy, może nami całkowicie zawładnąć. Ja szukam wtedy odpowiedzi na pytanie, skąd się wzięła ta zachcianka. Może mniej Instagrama dobrze zrobi mojemu portfelowi? Jeżeli czujesz, że zakupy i posiadanie rzeczy nie cieszą, polecam Ci poczytać co nieco o minimalizmie. Nawet u mnie. Wszystkie porady i strategie kupowania są tutaj.

A jak jest z Tobą? Czy dla Ciebie liczy się logo? Kupujesz podróbki?

W ramach rozrywki można zajrzeć na fanpage Nowe Podróbkowo – ile tu dóbr luksusowych :-)

Mam nowego ulubieńca! Skuteczny jak olejek, szybki jak Glov i zmywa się tylko wodą. Oraz można go kupić w małym, podróżnym opakowaniu. Przedstawiam nowość w mojej kosmetyczce, czyli balsam do demakijażu Clinique.

Demakijaż olejkiem to wciąż mój numer jeden, a balsam do demakijażu Take The Day Off pozostaje w tych samych klimatach. Produkt ma stałą konsystencję. Wystarczy wyjąć niewielką ilość – mnie wystarcza tyle produktu, żeby przykryć paznokieć.

W kontakcie z ciepłem skóry rąk, balsam zmienia konsystencję w płynną. Staje się niby-olejkiem, który ekspresowo rozpuszcza makijaż, w tym tusz do rzęs i nie podrażnia oczu. Balsam nie jest jednak stricte olejkiem, więc nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, po której ręce mogą się długo ślizgać, wykonując masaż. Dość szybko zaczyna brakować poślizgu. Dla mnie to znak, że demakijaż skończony.

Balsam spłukuję tylko wodą. Teraz pora na oczyszczanie, ale nie będę ukrywać, że ja po prostu przemywam twarz jedynie płynem micelarnym. Potem już tylko serum i krem nawilżający.

Balsam nie natłuszcza, ale także nie wysusza buzi. Po stosowaniu tego produktu nie mam żadnych kłopotów z cerą. Choć z natury nie mam twarzy skłonnej do wyprysków, to jednak niewłaściwe oczyszczanie zawsze kończy się u mnie tak samo – pryszczami. Skoro ich nie ma, a ja czuję, że cera jest świeża, musi to być znak, że balsam dobrze usuwa i makijaż, i krem z filtrem, a i sam łatwo się zmywa z buzi.

Balsam kupiłam w opakowaniu podróżnym, czyli w 15 ml słoiczku.

Cena: 29 zł za 15 ml, 149 zł za 125 ml.