fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

To moje nietrafione zakupy z ostatniego czasu. Aż dwa kosmetyki brązujące. Dlaczego?Długo szukałam produktu, który opali moje biało-białe nogi. Nie znalazłam. Po prostu mam biało-białe nogi :-)

Krem CC Bielendy ma „udoskonalać”, pielęgnować i rozświetlać skórę przykrywając przy tym drobne naczynka. U mnie nie działa, tzn. nie kryje naczynek, nie rozświetla, a mieni sie, zostawia smugi na ubraniach, kanapie. Do kosza!

Podobnie Sally Hansen Airbrush Legs, czyli rajstopy w sprayu. Tam, gdzie udało mi się go dobrze rozprowadzić, pięknie matuje skórę, ale w ciągu dnia ściera się z nóg, zostaje na ubraniach, krzesłach. A może to ja nie umiem nakładać tego kosmetyku? Ale macham, rozcieram, szybko się uwijam, czekam, aż się wchłonie. Eee, to nie moja wina. Do kosza z nim!

Krem na rozstępy Pharmaceris jest wielkim rozczarowaniem. Polecały mi go koleżanki, szwagierka mi go sprezentowała, po tym, jak własny brzuch przez dwie ciąże nim pielęgnowała. Używałam go dwa tygodnie po tym, jak skończył mi się krem Musteli. Niestety, pojawiły się rozstępy. Natychmiast wróciłam do bogatszych konsystencji. Więcej rozstępów się nie pojawiło.

Kolorowy tusz do rzęs Max Factor. Fajny i prosty pomysł, aby dobrać kontrastowy do tęczówki tusz, który uwypukli jeszcze kolor oczu. Szkoda, że przy okazji zrezygnowano z tuszu. Maluję, tuszuję, miziam, głaszczę po wielokroć a efekt mizerny. Mimo, że tusz jest jasnobeżowy, utrwala się na rzęsach jako ciemny, niemal czarny, z metaliczną poświatą. Nie wiem, czy to wina szczoteczki czy tuszu, ale nałożenie go na rzęsy wymaga wieeeeeelu warstw, czasu i cierpliwości. Nie polecam.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Tłuste, suche, lekkie i lepkie – olejki do ciała są przeróżne, a ja wciąż szukam tego idealnego.

Dlaczego nie balsam? Balsam jest ciężkawy latem. Gdy moja skóra się poci, czuję lepką warstwę potu i kosmetyku. Latem wolę olejki do ciała. Ale jaki wybrać?

Pierwszy był olejek Bielendy. Drogocenny, jak został nazwany, jest tylko z nazwy. To tłuste mazidełko z pretensjonalną nazwą. Olejek jest w sprayu, który ma silny strumień, więc jeśli aplikuję olejek bezpośrednio na ciało, to muszę potem umyć podłogę w łazience. Mojej skórze ten olejek nie służy bardziej niż oliwka dla dzieci – skóra co prawda nawilżona, ale tłusta warstwa jest długo wyczuwalna.

Kolejnym łupem był wydajny sezamowy olejek do ciała Neutrogena o delikatnym zapachu. Dobrze odżywił moją skórę i ją natłuścił. Łatwo się go wmasowuje w ciało, ale nigdy nie wchłania się całkowicie w skórę, a gdy tylko przerwałam stosowanie olejku na jakiś czas, skóra łatwo się przesuszyła.

Olejek Bio-Oil poza podstawową pielęgnacją ma także za zadanie spłycić i rozjaśnić blizny oraz rozstępy. I w tym celu go kupiłam. Szybko jednak przekonałam się o jego uniwersalnym charakterze i zamiast smarować nim tylko bliznę pooperacyjną czy ślady po trudno gojących się w czasie ciąży zadrapaniach (uwaga na otwartą zmywarkę!), stosowałam go do całego ciała. Dopiero cieplejsza pogoda sprawiła, że odstawiłam go na półkę, bo po wtarciu go w ciało, chciałam ponownie wskoczyć pod prysznic. Olejek jest gęsty, ciężki, ale nie jest komedogenny, czyli nie zatyka porów, a przy tym świetnie natłuszcza i wyrównuje koloryt skóry. Nie radzi sobie natomiast zupełnie rozstępami – tu nie zauważyłam żadnej zmiany.

Jeszcze zanim przyszło lato, znalazłam w aptece promocyjne opakowanie kilku kosmetyków Nuxe. Sztandarowy produkt, czuli suchy olejek Huile Prodigieuse, stosowałam po raz pierwszy, choć zawsze chciałam go mieć, ale jakoś nie było okazji. Od teraz to mój ulubieniec i jeden z najlepszych produktów, jakie trafiły w moje ręce. Nic dziwnego, że to bestseller. Tę suchą oliwkę, zawierającą olej z ogórecznika i słodkich migdałów stosuję na całe ciało i na twarz jako krem na noc. Od czasu do czasu nakładam go na włosy – ujarzmia puszące się loczki wokół czoła, ale nie skleja i nie obciąża. Olejek ma zapach kosmetyku vintage. Takie też jest opakowanie – szklane, bez żadnych pompek czy innych aplikatorów. Olejek jest wydajny, wchłania się natychmiast (to właśnie owa suchość) i nie zostawia tego okropnego uczucia tłustości. Nie jest komedogenny.

Olejek występuje także w wersji ze złotymi drobinkami. Wspaniale podkreślają opaleniznę, choć są niemal niewidoczne. W słońcu skóra zyskuje blask, ale nie jest on przesadzony – można spokojnie ruszyć w miasto, nie tylko na plażę. Efekt rozświetlenia jest długotrwały, bo drobinki nie ścierają się i nie znikają gdzieś w ciągu dnia. Wieczorem za to łatwo usuwa je zwykły żel do mycia ciała. Dowód: pościel, podłoga, facet nie błyszczą się :-)

źródło: youtube

źródło: youtube

Po nitce do kłębka – tak powinno być. Ja poszłam na odwrót: na drogeryjnej półce znalazłam kłębek, czyli olejek do oczyszczania i demakijażu Bielendy, a potem dotarłam do nitki – metody olejowego oczyszczania twarzy OCM. O co tu chodzi? Po kolei, czyli zacznę od tej nitki, a później do kłębka.

Jak działa OCM?

OCM to Oil Cleansing Method, czyli olejowa metoda oczyszczania twarzy. W jaki sposób tłusty olejek ma zmyć makijaż i oczyścić twarz? Zgodnie z zasadą, że podobne rozpuszcza się w podobnym, a więc tłuszcz w tłuszczu, czyli zabrudzenia, sebum, resztki kosmetyków rozpuści odpowiednia kombinacja olejków.

OCM polega na poznaniu potrzeb skóry – wtedy nawet cery trądzikowe mogą z niej korzystać, jakkolwiek obrazoburczo to brzmi, żeby czyścić przetłuszczającą się cerę olejem.

OCM niesie ze sobą same korzyści: znikają suche skórki, wyrównuje się koloryt skóry, eliminują się drobne zmarszczki (powierzchniowe nawilżenie skóry). Warto spróbować.

Jak oczyścić twarz metodą OCM?

Schemat działania OCM jest prosty: wmasować w suchą skórę olejek, a następnie spłukać. Te dwie proste czynności można rozwinąć i stworzyć tzw. rytuał. Można ogrzewać olejek w dłoniach, można zacząć od konkretnych partii twarzy i przesuwać się ku dołowi, zostawiając demakijaż oczu na sam koniec. Potem małym ręcznikiem (to te kwadraciki o wymiarach 20×20 cm, których celu istnienia nie pojmowałam dość długo) zamoczonym w ciepłej wodzie usuwa się olejek, ale nie poprzez ścieranie go z twarzy, tylko kilkakrotne przykładanie czystego ręcznika do skóry.

Zwolennicy tej metody każą tutaj zakończyć. Twarz została oczyszczona, a przy okazji olejki pielęgnują skórę, powierzchniowo ją natłuszczają, wyrównują koloryt – niczego więcej nie trzeba. Podejrzewam, że przy zastosowaniu czystych mieszanek olejków wysokiej jakości tak właśnie może być. Lepiej jednak przetrzeć twarz tonikiem. W miarę potrzeb można zastosować krem do twarzy.

Mieszać czy kupować?

W sieci znaleźć można wiele przepisów na samodzielne wykonanie mieszanek, np. tutaj lub tutaj. Podstawowy są takie: do oleju bazowego dodaje się olej rycynowy oraz olejki o właściwościach odpowiednich dla rodzaju cery. Sporządzenie odpowiedniej mieszanki jest trudne, a eksperymenty trzeba wykonywać na własnej twarzy – ja podziękuję.

Osobiście uważam, że robienie kosmetyków w domu to wielki wysiłek, którego efekty są mizerne. Zdecydowanie należę do dziewczyn leniwych, które DIY ograniczają do ozdób świątecznych i renowacji mebli. Wolę kupić, bo w ogólnym rozrachunku jest taniej i na pewno bezpieczniej.

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Olejek Bielendy i co z tego wynikło

Uszlachetniony olejek arganowy do czyszczenia i mycia twarzy – tak brzmi pełna nazwa produktu Bielendy do olejowego oczyszczania twarzy. Czym został uszlachetniony olejek arganowy, powszechnie wielbiony za swoje wszechstronne i cudowne działania dla skóry (wzmacnia włosy,paznokcie i skórę, silnie regeneruje, łagodzi objawy trądziku, nawilża i chroni przed działaniem słońca i wiatru)? Pierwszym składnikiem produktu Bielendy jest olej mineralny (parafina) – składnik oskarżany o potworności: zatykanie porów, powstawanie zaskórników. Ten jeden składnik przekreśla produkt Bielendy w oczach ekokonsumentek. Ja dałam mu szansę.

Używam olejku z kwasem hialuronowym (jest także wersja sebum control complex dla cer tłustych i mieszanych oraz z retinolem dla skór dojrzałych) od tygodnia do codziennego demakijażu. Jest bezzapachowy.

Produktu Bielendy używa się zawsze na zwilżoną twarz – uwierzcie, wtedy jest lepiej, chociaż oryginalnie według prawideł OCM olejek powinno się nakładać na suchą twarz. Bielenda nałożona na suchą twarz… nie zmywa dokładnie makijażu, co widać po ilości powtórzeń oczyszczania oczu.

W kontakcie z wodą olejek Bielendy zmienia się w białe niepieniące się mleczko. Produkt dobrze radzi sobie z rozpuszczeniem podkładu, pudru, cieni do powiek i tuszu do rzęs. Tylko wieczorowy makijaż z dużą ilością tuszu wymagał dwukrotnego oczyszczania okolic oczu. Demakijaż jest ekspresowy, bez potrzeby przecierania twarzy wacikami – wystarczy krótki masaż dłońmi. Olejek jest łagodny i nie szczypie w oczy, jednak jest tłusty, więc oczy mogą zachodzić mgłą, co jest dyskomfortem.

Olejek widocznie pielęgnuje skórę – po umyciu nie mam uczucia ściągnięcia, a cera jest gładka jak lico mojej czterolatki. Różnicę widać po dwóch, trzech dniach stosowania. Zwykle po demakijażu sięgnęłabym bezpośrednio po krem, ale zanim to zrobię, umyję jeszcze twarz tonikiem. Ta parafina nie daje mi spokoju, choć jest składnikiem także dużo droższych kosmetyków, np. olejku ShuUemara.

Cena: ok. 19 zł

A na poniższym filmiku dziewczyna była w stanie rozetrzeć swoją maskarę na całą twarz :-)

Kluczem do idealnie gładkiego ciała jest peeling i nawilżanie. Zalotka znalazła bardzo dobry i niedrogi produkt do złuszczania naskórka – peeling cukrowy do ciała z serii Fitness Line od Bielendy.

Peeling Bielendy zawiera kryształki cukru trzcinowego – naprawdę duże. To nie jest peeling podobny do tych w tubach, które w kremowym płynie pod prysznic mają dwa ziarnka peeelingujące na krzyż. Te kryształki cukru dokładnie złuszczają i wygładzają skórę. Czytaj dalej