Eveline ma masę nowości – są wśród nich produkty, które mnie zaskoczyły jakością. Które to? Zapraszam na szybki przegląd.

Baza pod cienie do powiek 8 w 1 Magic Stay

Wielki pozytyw! Baza jest lekka, nie obciąża powieki, nie tworzy skorupy. Jest niewyczuwalna. Aplikacja jest prosta i higieniczna – za pomocą aplikatora z gąbeczką, dobrze znanego z błyszczyków. Potem wystarczy wklepać.

Baza bardzo delikatnie wyrównuje kolor skóry na powiekach i ją matuje. Cienie na bazie rozprowadzają się bardzo gładko i ani baza, ani cień do powiek nie zbierają się w załamaniach powieki. Baza wzmacnia nieco intensywność kolorów cieni. Producent twierdzi, że także „odżywia, nawilża, ujędrnia, napina, regeneruje”. Nie robi masażu stóp ;-)

Cena: 17 zł.

Liquid Precision Eyeliner 2000 Procent

Nie noszę na co dzień tzw. jaskółki. Malowanie oka za pomocą eyelinera zaczęłam znów ćwiczyć ostatnio. Kupiłam pisak Rimmel i okazał się być do bani, ponieważ brakowało mu tuszu w trakcie rysowania kreski. Na pewno można ten problem rozwiązać poprzez zmianę sposobu trzymania pisaka, ale – heloł – ja się tu mam gimnastykować czy pisak? Odpowiedź jest jasna jak słońce.

Eyeliner Eveline jest w kałamarzu. Ma bardzo wygodne piórko, którym można narysować cienką i precyzyjną kreskę. Jest intensywnie czarny i ma matowe wykończenie. Nie rozlewa się i szybko zasycha, a przy tym jest łatwy do usunięcia przy wieczornym demakijażu. Wszelkich poprawek można dokonać za pomocą patyczka kosmetycznego zamoczonego w płynie micelarnym. Nie podrażnia oczu.

Cena: 13 zł. 

Hialuronowy płyn micelarny 3 w 1

To właściwie płyn Bioderma Sensibio za ułamek jego ceny. Skuteczny i delikatny – usuwa makijaż, tonizuje, łagodzi zaczerwienienia i nie powoduje podrażnienia oczu. Stosuję go w mojej koreańskiej pielęgnacji wieczornej, gdy przemywam twarz po oczyszczeniu jej olejkiem. Przy stosowaniu tylko płynu micelarnego do demakijażu, trzeba nieco więcej uwagi poświęcić na dokładnie zmycie tuszu do rzęs, jak przy każdym płynie micelarnym.

Cena: 20,50 zł za 400 ml. 

Tusz do rzęs Big Volume Femme

Intensywnie czarny, pogrubiający tusz, który się nie kruszy, nie odbija na powiece, ani nie rozmazuje.

Ma szczoteczkę zakończoną kulką. „Big Ball Brush o finezyjnym kształcie maczugi” – opis producenta mówi wszystko :-) Początkowo sądziłam, że to udziwnienie niczemu nie służy, ale potem okazało się, że szczoteczka jest bardzo wygodna przy malowaniu rzęs w kącikach oka. Przy malowaniu rzęs u nasady trzeba uważać, aby tusz z kulki nie odbił się na powiece, ale nie jest to jakieś wielkie utrudnienie.

Wielki plus za dozowanie tuszu na szczoteczkę – jest w sam raz i nie trzeba ocierać nadmiaru o szyjkę opakowania.

Cena: 16 zł.

Matowe pomadki Velvet Matt

Hit i „musisztomieć” ostatnich sezonów. Trend, który na dobre zagościł w naszych kosmetyczkach – matowe pomadki. Nie są to najbardziej miękkie pomadki, jakich używałam, ale łatwo się rozprowadzają i pozostawiają na ustach przyjemnie kremową warstwę. Nie wysuszają ust, mogą spokojnie przetrwać niewielki posiłek. Mają modne kolory, a ich cena zachęca do eksperymentów, zwłaszcza z burgundem i ciemną śliwką.

Cena: 16,50 zł

Cienie do powiek Quattro

Zdecydowanie nie dla mnie. Cienie są bardzo słabo napigmentowane, mocno błyszczące, nie ma w zestawie ani jednego odcienia matowego, co uważam za błąd. Nawet do wieczornego makijażu – bo tak reklamowa jest kolekcja – nie zdecydowałabym się na totalny blask.

Z serii Quattro jest jeszcze paleta brązów, róży oraz odcieni niebieskiego (komu pasują niebieskie cienie do powiek?).

Cena: 20 zł.

Puder sypki Cashmere Mat

Bardzo delikatny, satynowy puder matujący o subtelnym efekcie. Skóra jest pokryta delikatną warstewką wygładzającą, ale nie wygląda na mocno przypudrowaną. Kolor 01 Transparent jest beżowy, więc nie wybiela cery, ale dla super jasnych dziewczyn, może nieco zmieniać odcień skóry. Bardzo się polubiłam z tym pudrem i zabieram go na najbliższą imprezę weselną.

Opakowanie zawiera sitko oraz gąbeczkę z paskiem – aplikacja jest więc bardzo prosta, choć ma wszystkie minusy tego typu produktu, a więc: może stać tylko na toaletce i robi się chmurka. Czemu chmurka, skoro jest gąbeczka? Ponieważ ja uważam, że puder należy wtłoczyć a nie rozcierać po twarzy.

Cena: 32 zł.

Kremy do ciała z serii Slim Extreme 4D

Wszystkie wiemy, że krem nie zrobi za nas całej roboty i nie przemieni nas magicznie z rozmiaru 44 do 38. Tu potrzebne są: zmiana nawyków żywieniowych oraz więcej ruchu, a wszystko to w zdrowych proporcjach, żeby niczego sobie nie naciągnąć, ani nie zwichnąć.

W procesie zrzucania zbędnych kilogramów można, a nawet należy się wspomóc kosmetykami pielęgnacyjnymi, które zadbają o nawilżenie i napięcie skóry. Seria Eveline Slim Extreme ma dwa nowe kremy o ukierunkowanym działaniu. Zielony to kawowe serum wyszczuplająco drenujące o działaniu chłodzącym. Fioletowe to superskoncentrowane nocne serum antycellulitowe z efektem ultradźwięków o działaniu rozgrzewającym.

Z pewnością nie tylko ja mam wrażenie, że kogoś tu poniosła fantazja w opisie cudowności, do jakich zdolny ma być krem. Oba kremy mają działanie ujędrniające, napinające i przyzwoicie nawilżają. Niestety, nie są odżywcze.

W używaniu tych kosmetyków przeszkadza mi ich opakowanie. Są niczym banery reklamowe. Napisano na nich absolutnie wszystko.

Cena: 25 zł za 250 ml w tubie. 

Wpis powstał we współpracy z marką Eveline. 

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Palety z serii Naked od Urban Decay przewijały się wielokrotnie przed moimi oczami. Zaletą zdecydowania się na którąś tak późno, jest luksus wyboru – teraz dostępne są trzy wersje: pierwsza Naked pełna brązów, dość skrzących się; Naked 2 – w odcieniach taupe, czyli brudno-szaro-brązowych oraz Naked 3 – szampańska, różowa i świetlista.

Od razu pomyślałam: osiołkowi w żłoby dano. I padłabym jak ta oślina z wierszyka, ale nie umiała podjąć decyzji. Którą wybrać? Pierwszej selekcji dokonałam podejmując decyzję: brązy czy róże? Jeżeli brązy, mamy do wyboru dwie palety: Naked i Naked 2. Naked 3 skręca w róż.

Naked

źródło: urbandecay.com

źródło: urbandecay.com

Pierwsza, oryginalna. To ona rzuciła na kolana wiele kobiet, które wreszcie znalazły w niej wszelkie brązy, nude’y i złota, jakie znane są Ziemianom. Paleta ma małe lusterko, jest lekka i ma magnetycznie zamykaną pokrywkę. Według mnie ta paleta jest kolorystycznie kompletna, ale klasyczna. I zbyt świetlista – na 12 cieni do powiek 2 są matowe (a 4 określiłabym jako ciemne). Brakuje jej nowoczesnego sznytu, którym może pochwalić się…

Naked 2

źródło: urbandecay.com

źródło: urbandecay.com

Ideał. Cała paleta jest utrzymana w kolorystyce taupe (z fr. kret; ang. kolor szaro-brązowy, ciemoszary), czyli gdzieś pomiędzy szarością a brązem. W palecie są trzy matowe cienie, nieco więcej metalicznego wykończenia i chłodniejszych tonów aniżeli w poprzedniej wersji. Według mnie ta paleta daje więcej możliwości i jest zdecydowanie bardziej uniwersalna, choćby dlatego, że dobrze wygląda z większością odcieni skóry. Różni się także opakowaniem od poprzedniej – ma metalowe pudełko zamykane na zatrzaski i duże lusterko. Dołączony pędzel jest świetnej jakości, ale mając do dyspozycji tyle kolorów nie da się stworzyć pełnego makijażu tylko przy pomocy tego jednego narzędzia.

Paleta pasuje większości kobiet do wykonania codziennego makijażu. Wyparła całkowicie wszelkie poprzednio używane przeze mnie zestawy cieni.

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Naked 3

źródło: urbandecay.com

źródło: urbandecay.com

Najnowsza i bardzo odświeżająca. Po przytłaczających niektóre kobiety brązach i szarościach, tu mamy do czynienia z szampańskimi odcieniami, które rozświetlą makijaż i odświeżą cerę. Choć lubię delikatny róż na powiekach, ta paleta zdecydowanie nie jest w moim guście. Za dużo, za słodko, zbyt świetliście.

Kupić? Nie kupić?

Czy warto wydać niemal 200 zł na paletę cieni do powiek? Sądząc po Naked 2, którą kupiłam online w Sephorze, jakość produktu jest bardzo wysoka. Cienie łatwo i gładko się rozprowadzają na powiece, świetnie się rozcierają i ze sobą stapiają, w bardzo niewielkim stopniu osypują się podczas nakładania. W ciągu dnia pozostają na swoim miejscu, nie zbierają się w załamaniach powiek ani nie blakną. Zdecydowanie lepiej kolory prezentują się na skórze pokrytej bazą pod cienie, ale spokojnie można pominąć ten krok – efekt będzie bardziej subtelny, a makijaż i tak przetrwa cały dzień.

Paleta Naked 2 – a także dwie pozostałe – zawierają po 12 cieni do powiek. Nie wiem kto i w jakim czasie podołałby zużyciu ich wszystkich. Na ich korzyść przemawia wszechstronność użycia kolorów (ten sam kolor raz może być bazowym odcieniem, a za chwilę rozświetlaczem) i ich uniwersalność (makijaż dzienny, do biura, makeup – no makeup, na kolację).

Palety używam do codziennego podkreślenia oczu i jestem bardzo zadowolona z efektów. Można stworzyć elegancki look przy minimum wysiłku, ponieważ cienie łączą się ze sobą w dowolnej kombinacji. Zwykle na chybił trafił wybieram jakiś odcień bazowy, podkreślam zewnętrzne kąciki oczu i załamanie powieki. Korzystam także z koloru najciemniejszego, którym zagęszczam linię rzęs (nie jest to głęboka czerń, efekt jak podczas rysowania węglem na papierze). Na koniec wszystko rozcieram (blenduję – modne słowo). Tusz do rzęs i gotowe nawet bez eyelinera.

Opakowanie palety Naked 2 jest praktyczne i trwałe, a lusterko w zupełności wystarcza do wykonania makijażu oka. Wszystkie palety Naked są uznawane za perfekcyjne zbalansowane i doczekały się wielu podróbek. To na pewno świadczy na ich korzyść.

Polecam.

Cena: 199 zł

źródło: urbandecay.com

źródło: urbandecay.com

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Gdy nadchodzi lato, zwykle rezygnuję z cieni do powiek. W tym roku jednak nie rozstaję się z kremowym cieniem w kolorze brzoskwiniowym.

Od dawna nie używałam cieni w kremie czy – jak to smaczniej nazywają producenci – w musie. Zapamiętałam je jako ciężkie, lepiące powiekę mazidła, które po kilku godzinach zbierały się w załamaniach skóry. Cóż, nie można się zrażać. Kremowym cieniom dałam drugą szansę i nie wiem, czy przypadkiem nie zostanę z nimi na stałe.

Cienie Pupa Vamp są pakowane pojedynczo w słoiczki. Najwygodniej nakłada się je palcem, więc nie wiem, jak za kilka tygodni będę je wygrzebywać z tego wąskiego opakowania. Na razie nie martwię się na zapas.

Cień ma konsystencję jak cienie prasowane, nie osypuje się podczas nakładania; rozciera się jak kremowy odpowiednik, ale nie ma tego uczucia ciężkiej powieki. Cień łatwo łączy się z cieniami prasowanymi i jest trwały, tzn. przetrwał w nienaruszonym stanie na powiece cały dzień.

Cienie występują w 12 kolorach i są limitowaną edycją. Teraz noszę Apricot, a skuszę się jeszcze na ciemny Twilight do smoky eye.

Cena: ok. 40 zł ale taniej kupisz je w internecie

Niebieskie cienie do powiek

Odpowiedź jest prosta i zawsze taka sama: nikomu. Niebieskie cienie dobrze wyglądają jedynie na modelkach z mocno retuszowanych zdjęć w magazynach o modzie. A niestety w tym roku, jak feniks z popiołów, pojawiły się nagle błękity, lazury i turkusy.

Niebieski cień do powiek jednoznacznie kojarzy mi się z panią z warzywniaka oraz turystkami zza wschodniej granicy. Jakoś tak wyszło, że Rosjanki upodobały sobie te lazurowe cienie i nawet młode pokolenie nie może się bez nich obyć.

Na nic zdadzą się próby odczarowania błękitów na powiekach. Uważam, że większość kobiet wygląda w nich kiczowato, jak z wesela z początku lat 90.

W niebieskich cieniach do powiek piękne jest tylko jedno: nazwa. Akwamaryna, turkus, lapis lazuli, błękit, lazur. I granat. No, ale granatowy to prawie czarny i zdecydowanie nie podpada pod kategorię niebieskości. W granacie kobietom do twarzy. Mi jest do twarzy z granatowym eyelinerem.

Mat w modzie

Nie jestem pewna, czy to koniec ery połyskliwych spojrzeń, ale ogłaszam, że matowe cienie wracają do łask! Przede wszystkim do łask producentów. Po latach podobnych, niemal identycznych kolekcji makijażowych składających się z perłowych lub iskrzącysh brokatem cieni do powiek, wróciła moda na matowe spojrzenie.

Już od pewnego czasu nudziły mnie świetliste palety. Wolałam pomalować powieki naturalnym ale matowym odcieniem wyszperanym w jakiejś makijażowej kolekcji typu „nude look”. O innych kolorach mogłam tylko pomarzyć. Mogę powiedzieć, że osiągnęłam stan nasycenia blaskiem. I zdaje się, że rynek też, skoro kolejne marki wprowadzają do stałej oferty kolekcje matowych cieni do powiek. Czytaj dalej