fot. unsplash.com

fot. unsplash.com

Pakowanie rodziny na weekendowy wyjazd nie różni się niczym od pakowania się na 2-tygodniowe wakacje. Zabierasz dokładnie to samo, tylko mniej bielizny i koszulek. Mam swoje tzw. lifehacki na pakowanie się i zamierzam się nimi podzielić!

Porządek w walizce

Nie zawsze mam możliwość wypakowania rzeczy z walizki do szafy, nie zawsze chce mi się to robić, skoro jestem w danym miejscu na jedną lub dwie noce. Trzymam więc wszystko w walizce.

„Mamo, chcę zmienić bluzkę” – jeżeli na taką prośbę mówisz „Zaraz ci podam”, zamiast „Ok, dziecko, wiesz, gdzie jest walizka”, to znaczy, że nie korzystasz jeszcze z packing cubes, czyli toreb do pakowania. Dzięki nim, nie musisz być walizkowym podczas wyjazdu.

Oj, bywałam walizkowym, zwłaszcza odkąd podróżujemy z dzieckiem, a potem z dziećmi. Tylko ja wiedziałam, gdzie upchnęłam bieliznę dziecka, gdzie są piżamki drugiego dziecka, gdzie zrolowałam t-shirty męża. Żeby uniknąć rycia niczym kret w ułożonych w kupki rzeczach, tylko ja podchodziłam do walizki. Próbowałam pakowania naszych rzeczy osobno w siatki. Jednak siatka nie ma żadnego kształtu i wszystko w walizce nadal leżało gdzie bądź.

Packing cubes, czyli torby do pakowania

I wtedy internet pokazał mi packing cubes. Kliknęłam. O, jakie genialne! O, jakie drogie… Z pomocą przyszła mi Ikea. Mają w ofercie torby do pakowania Upptacka:

źródło: ikea.com

Torby w zestawie są 4. Taki zestaw wystarcza na osobę. Są dwie duże torby na ubrania, w tym jedna ma dwie przegrody. Jedna mała torba na bieliznę i drobne akcesoria oraz torba na buty.

Wyjmowanie ubrań konkretnej osoby z torby jest łatwe. Podobnie jak poszukiwanie właściwego stroju. Dziecko może także samodzielnie grzebać w walizce i swoim „kubiku”. Pakuję się z tym systemem od kilkunastu już miesięcy i zawsze się sprawdza.

Torby do pakowanie, packing cubes, Ikea

I do ideału brakuje jedynie toreb w innych kolorach. Raz na stronie Ikea zobaczyłam, że są różowe torby. Jeszcze tego samego dnia pojechałam do sklepu, przekopałam dział Family, dopadłam pracownika, który szukał ich ze mną wszędzie. Niestety, różowa wersja toreb do pakowania chyba nigdy nie istniała, bo zniknęła także ze strony Ikea.

A Wy macie swoje sposoby na pakowanie się? Znacie system packing cubes? Polecacie coś?

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Idziesz rodzić. Będzie bałagan. Nie jesteś księżną Walii, nie wyjdziesz ze szpitala z włosami ułożonymi w fale, w sukience i eleganckich butach – tak mniej więcej wyglądał mój wewnętrzny dialog, gdy szykowałam się do porodu. Moim priorytetem była więc użyteczność. I to była dobra decyzja.

Rzeczywistość jest taka, że kobiety w Polsce rodzą w szpitalach. Jak wiadomo, szpital – nie hotel, ale mimo to trwa rywalizacja na ładniejsze łazienki, bardziej przestronne sale porodowe i samodzielne pokoje. Ja wybierałam szpital pod kątem jego przygotowania na ewentualne komplikacje przy porodzie (chodzi o stopień referencyjności szpitala). Pokoje, łazienki mnie nie interesowały. Bardzo dobrze wspominam pobyt na oddziale poporodowym z trójką innych mam. Każda z nas była na innym etapie życia, mogłyśmy sobie pomóc (idź się kąpać, jak zacznie płakać, dam ci znać), doradzić, a przychodzący w odwiedziny nasi mężczyźni czuli się odpowiedzialni za całą salę przynosząc większe ilości wody do picia, wołając położną, podając poduszkę etc.

Ale do rzeczy, czyli do zawartości mojej szpitalnej walizki.

Dlaczego walizka? Bo rzeczy trzymane są na podłodze pod łóżkiem. Jeśli akurat nie rodzisz w Boże Narodzenie, to codziennie rano skoro świt wpada do pokoju dwoje ludzi z mopem i dalejże szorować wokół i pod Twoimi gratami. Ja wolę, aby moje rzeczy były bezpiecznie schowane w plastikowej walizce w rozmiarze do kabiny samolotu, niż w szmacianej torbie.

Co spakowałam?

Japonki. Gumowe obuwie w szpitalu jest podstawą. Nosi je personel, nosiłam i ja. Łatwo je wyczyścić, wejść w nich pod prysznic i ogólnie stanowią dobrą barierę – przynajmniej w mojej głowie – między moją skórą a powierzchniami, których dotykać nie chcę.

Zatyczki do uszu. Zatyczki bardzo przydały mi się podczas pierwszego porodu, który był – nazwijmy to oględnie – wielodniową interwencją medyczną. Wracając do pokoju po nieudanej indukcji porodu, musiałam się jeszcze zmierzyć z włączonym od 5 nad ranem do 2 w nocy telewizorem. Zatyczki okazały się zbawieniem. Przydały się także, gdy chciałam złapać pół godziny snu w czasie, gdy mój facet pilnował naszego śpiącego nowo narodzonego skarbu.

Czerń. Czarne legginsy, obszerna bluzka, piżamowe alladynki. Tak, komfort przede wszystkim. Także psychiczny, bo poród to także krew. Zdecydowanie gorzej bym się czuła w białej koszuli w drobne kwiatuszki.

Szminka do ust. Przyda ci się, bo usta przesuszają się w kilka godzin, a nic tak nie drażni, jak świeżo pęknięta rana na wardze. W szpitalu panuje zaduch. Jeśli rodzisz w sezonie grzewczym, to umarł w butach: przynajmniej 25 stopni temperatury wewnątrz masz murowane. No, a jak nie lubisz ukropu, to dostaniesz łóżko przy oknie, ale i przy kaloryferze. A okna nikt otworzyć się nie odważy. Na oddziałach noworodkowych podobno czasami są pielęgniarki, które wypraszają mamy z dziećmi na spacer po korytarzu, aby mogły przewietrzyć pokój. Prawdopodobnie Yeti istnieje.

Aparat fotograficzny. Dzięki niemu moje zdjęcia z noworodkiem są bardziej nastrojowe, delikatne, z rozmytym tłem, wykadrowane. Nie wkrada się w nie brutalność właściwa fotografiom wykonanym telefonem minutę po porodzie.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Lubimy podróżować autem i znajomi czasami pytają, jak nam się to udaje z dwójką dzieci. Spieszę z odpowiedziami.

Dalekie podróże autem są męczące. Dzieci, zwłaszcza małe, jak moje, czyli 5-latka i roczniak, nie potrafią zbyt długo czekać, więc dla nich argument „wytrwaj jeszcze godzinkę i dojedziemy do fajnego miejsca” w ogóle nie działa. Nie ma innej rady, jak ta, że do podróży z dziećmi trzeba się przygotować solidnie. Według mnie o sukcesie rodzinnej podróży autem (nikt nie jęczy z przemęczenia) decydują kroki podjęte na długo przed przekręceniem kluczyka w stacyjce: zaplanowanie trasy i przygotowanie posiłków.

Kiedy jechać?

Ja lubię jechać rano, po śniadaniu lub nawet po drugim śniadaniu, kiedy wiadomo jest, że tylna kanapa pójdzie w kimę na bite 2, może 3 godziny. I to nawet kilkulatka, która od dawna w ciągu dnia nie sypia. Przed południem dzieci są wypoczęte, podróż jest atrakcją, przyjemnością. Najgorszym momentem na podróż jest u nas późne popołudnie, kiedy dzieci są zmęczone dniem i marudne. Nigdy więcej nie wsadzę ich nawet na 2-godzinny przejazd o godz. 17 do auta. Lepiej już przeczekać do wieczora, zjeść kolację, umyć dzieci i w piżamkach zapakować do auta, aby potem je tylko przełożyć do łóżek. W 9 na 10 przypadków dzieci się nie budzą i śpią spokojnie dalej. Niestety, ta rada sprawdza się tylko przy powrotach do domu i własnego łóżeczka. W drugą stronę, czyli przyjeżdżamy do apartamentu czy hotelu, nie działa, bo za dużo się wokół dzieje nowych rzeczy.

Podróż nocą

Jestem przeciwna podróżowaniu nocą z dziećmi (bez dzieci też w sumie nie lubiłam jeździć nocą). Wszyscy są padnięci po całym dniu, a bezpieczniej jest podróżować we dwoje. Tymczasem, gdy planujesz ruszyć o godz. 20, dzieci co prawda śpią natychmiast, ale podobnie ja czy mąż. Jest też drugi wielki problem. Gdy przyjedziecie na miejsce, dzieci – zwłaszcza małe – mogą nie zechcieć spędzić reszty nocy w nieznanych łóżeczkach, a na pewno rano wstaną  rześkie i skore do harców. Tymczasem nocni kierowcy będą żądni jednego – snu.

Można spróbować jak moja szwagierka, która z powodzeniem jeździ nad ranem, czyli ok. godz. 2 w nocy. Zarówno ona, jak i szwagier są wypoczęci, dzieci śpią w fotelikach (żeby było bez awanturowania się, nawet dwulatkowi trzeba opowiedzieć, co się będzie działo, czyli: mama po ciebie przyjdzie, założymy bluzę, tatuś cię zaniesie do auta i zapnie w foteliku i tam sobie będziesz spał, może chcesz, aby miś czekał na ciebie w aucie?), a po dwóch godzinach jazdy po ciemku zaczyna się robić widno. I drogi są puste.

Dystans

Z małymi dziećmi porywanie się na trasę powyżej 600 km na dzień jest męczarnią. Optymalnie jest pokonać 500 km autostradami lub 300 km zwykłymi drogami. Dłuższe odcinki wymagają zamknięcia dzieciaków na cały dzień w fotelikach samochodowych, co im się nie spodoba i dadzą o tym znać. Taki sposób podróżowania wydłuża jazdę do chociażby dwóch dni, co podnosi koszty. Ale w końcu są wakacje i można odsapnąć od tego pośpiechu, a nocleg na polu namiotowym jest zawsze atrakcją. I jeszcze taka rada – jeśli rozpytujecie po okolicy o nocleg, wspomnijcie, że w aucie są dzieci. To zaskarbia Wam zaufanie i otwiera serca.

Postoje

Zawsze staram się robić postój co trzy godziny w miejscu, gdzie można się rozprostować. Jeśli jedziemy dłużej, np. 4 godziny, trzeba się liczyć z co najmniej godzinnym postojem na wybieganie i odetchnięcie od podróży.

W foteliku, ale jak?

Dziecko jedzie zawsze w foteliku i zawsze jest zapięte. Nie ma wyjątków. Dziecko płacze? Zrób postój. Dziecko płacze zawsze? Trudno, widocznie nie jest Wam jeszcze pisane długie podróżowanie autem (na przykładzie znajomych mogę powiedzieć, że po drugich urodzinach problem znika).

Wracając do zapinania dzieci w fotelikach. Na moją postawę wpłynął m.in. ten film ( -pierwszy film z dołączonych do artykułu. Niestety, nie da się podać bezpośredniego linku). Pierwszy przypadek to prawidłowo zapięte dziecko w foteliku. Drugi i trzeci przypadek pokazują, co się dzieje, gdy dziecko jest co prawda zapięte, bo rodzic chciał dobrze, ale zapiął źle, czyli za luźno, żeby „było dziecku wygodnie”. Przy zderzeniu przy prędkości 50 km/h w źle zapiętych pasach manekin rozrywa (sic!) klamrę pięciopunktowych pasów!

Jest jeszcze jedna kwestia – jedzenie i picie w foteliku. Ja należę do radykalnej grupy rodziców i nie podaję żadnego jedzenia, ani picia w czasie jazdy. Starsze dziecko może „załyczyć” na czerwonym, młodszemu robię postój.

Może jedźmy? Chyba wytrzyma

Nie, nie wytrzyma. Moje nie wytrzymało nigdy :-) Jeżeli podróżujesz z niemowlakiem i dziecina słodko sobie śpi, ba!, przesypia swoją zwykłą o tej porze porcyjkę mleczka z piersi, to wiedz, że się obudzi. Masz właśnie wjechać na autostradę i przez 40 minut nie będzie się gdzie zatrzymać? Obudź, nakarm i ruszaj w drogę. To samo ze starszakiem, który nie sikał od kilku godzin. Postój na poboczu autostrady to ostateczność! Nie robi się wtedy bezstresowej sikpauzy, bo to najbardziej niebezpieczne zachowanie na drodze szybkiego ruchu. Stawać należy na stacjach i w zajazdach, czy MOP-ach.

Plan nie jest święty

Rzecz, z którą najtrudniej przyszło mi się onegdaj pogodzić. To, że ja sobie coś zaplanowałam, nie oznacza, że to jest plan optymalny. Może się zdarzyć, że mimo świetnego przygotowania, coś się posypie. Korek na drodze lub warunki atmosferyczne uniemożliwią podróż zgodną z planem. Wtedy trzeba improwizować i pamiętać, że są wakacje. Nie udało się dotrzeć do zamku w godzinach otwarcia? Może w drodze powrotnej zahaczymy, a może kiedy indziej. Planowaliśmy dotrzeć do Wiednia i tam spać, zanim wrócimy do Polski, ale gdzieś nam zeszło pół dnia? To skręćmy teraz do Wenecji – będziemy mieli miłe popołudnie, a trasę nadrobimy jutro.

Co robić z dziećmi w aucie

Tu jest wielkie pole do popisu. Najlepsze dla wszystkich jest zawsze śpiewanie. Sprawdza się opowiadanie historii z dzieciństwa, audiobooki z bajkami. Oczywiście liczenie czegokolwiek: krów, bocianów, czerwonych aut albo ciężarówek. Moi znajomi korzystają z rozwiązań technologicznych, tzn. bajka na tablecie. I sobie chwalą. Ja jeszcze nie używałam, ale nie mówię „nie”. W sytuacji kryzysowej sprawdza się nowość, czyli książeczka lub resorak kupiony na czarną godzinę.

Posiłek w podróży

Teraz będzie narzekanie. Menu dla dzieci w przydrożnych restauracjach: makaron z czerwonym sosem, paluszki rybne z frytkami, kotlet w panierce z frytkami, rosołek taki słony, że oczka z orbit wychodzą… Albo cała trasa usiana zdrową żywnością, np autostrada A1: Burger King, McDonald’s i KFC. Nie. Niestety, ja nie trafiłam w Polsce na restaurację z dobrym jedzeniem zlokalizowaną przy autostradzie. Jestem otwarta na sugestie i z chęcią spróbuję. Tymczasem będę sobie radzić, jak dotychczas, czyli zabierając to, co dzieci lubią i po czym się nie pochoruję (wymioty po posiłku w McDonald’s mamy zaliczone).

Kanapki, owoce, orzechy, ciasto – pomysłów na podróżny lunch jest mnóstwo. Można wziąć zupę do słoika albo makaron z zapakowanym osobno sosem. Pomysłów i sposobów jest mnóstwo. Podobnie jak miejsc do konsumpcji. Każdy MOP umożliwia zjedzenie swojego prowiantu.

Szerokiej drogi!

Moja córka ma 5 lat i kocha bajki, jak każde inne dziecko na świecie. Najlepiej bajki oglądać wraz z dzieckiem – przynajmniej ten pierwszy raz, aby tłumaczyć lub po prostu towarzyszyć w różnych momentach oglądanej historii. Mamy swój ranking ciepłych i dobrych historii. Oto on:

Mój sąsiad Totoro

totoro

źródło: gizmodo.com

To najwspanialsza opowieść, jaką widziałam dla małych dzieci. Bajka Miyazaki, w której zawarł historię swojego dzieciństwa, a więc wieloletni pobyt chorej na gruźlicę mamy w szpitalu. Miyazaki powiedział kiedyś, że uczynił bohaterkami filmu dwie dziewczynki, a nie chłopców, bo wspomnienia z dzieciństwa były zbyt silne. Zaczyna się jak smutna historia, co? Ale taka nie jest! To opowieść o codzienności, o miłości, o rodzinie, o trosce i o Totoro, którego kocha każde dziecko w Japonii. I moja córka w Polsce. Jeśli nie lubicie japońskiej kreski i klimatów mangi, dajcie choć szansę tej bajce. Pokochacie Totoro.

Przygody Kubusia Puchatka

źródło: disney.pl/kubus

źródło: disney.pl/kubus

Pulchnego misia kochającego miodek nie trzeba nikomu przedstawiać. Ani jego przyjaciół ze Stuwiekowego/milowego Lasu. Fajne, dobre, ciepłe kino dla wszystkich.

W głowie się nie mieści

źródło: filmy.disney.pl/w-glowie-sie-nie-miesci/

źródło: filmy.disney.pl/w-glowie-sie-nie-miesci/

To jest obowiązkowa bajka dla rodziców. Jest o dorastaniu. W bardzo prosty sposób pokazuje, jak zmienia się dziecko i jego postrzeganie świata oraz potrzeby. Pięknie pokazano, co dzieje się w głowie każdego z nas. Metafora konsoli do zarządzania, która rozrasta się wraz z wiekiem jest świetna. A poza tym to film z dużą dawką humoru.

Wall-e

źródło: disney.pl/wall-e

źródło: disney.pl/wall-e

Przesympatyczny robocik Wall-e został na Ziemi, aby sprzątnąć gnój, który ludzie zostawili po sobie uciekając z planety, na której nie da się już żyć. Bajka jest dobrym punktem wyjścia do dyskusji o ekologii, o tym, dlaczego mamy dwa kosze na śmieci i dlaczego odkładamy na bok zużyte baterie i świetlówki.

Merida Waleczna

źródło: disney.pl/merida-waleczna

źródło: disney.pl/merida-waleczna

Merida jest księżniczką i nadchodzi dzień zaślubin. Słusznie rodzice ukrywali dotąd przed córką swoje plany wydania jej za mąż, bo gdy Merida odkrywa, co się święci, zrobi wszystko, aby udowodnić mamie, że to fatalny pomysł. Moją ulubioną sceną jest ta, w której tata Meridy ją przedrzeźnia ‒ bawi mnie to do łez.

A jakie bajki dla dzieci Wy polecacie?

Maj, a więc komunie. Jak przygotować dziewczynkę na ten dzień? Internet jest pełen galerii z fryzurami i makijażami (!) komunijnymi. Co wybrać?

Jak uczesać dziewczynkę na komunię

Prostota, dziewczęcość i preferencje dziecka – tym moim zdaniem należy się kierować wybierając fryzurę komunijną dla dziewczynki. Jeżeli dziecko lubi rozpuszczone włosy, nie ma sensu na siłę czesać koka baletnicy. Jeśli dziewczynka preferuje włosy związane, lepiej nie robić jej tego dnia burzy rozpuszczonych loków – będzie je cały czas odgarniała z twarzy.

Podobnie z ozdobami we włosach. Wianek jest wystarczający. Nie trzeba już dopinać kwiatów czy spinek z motylkami.

Przychylam się do zdania fryzjerki, która wypowiedziała się dla edziecko, aby nie robić z dziewczynek małych panien młodych. Przedłużanie włosów? Poważnie?!

Makijaż na komunię

Makijaż na komunię powinien… nie istnieć. To są dzieci! Są piękne! Wystarczy umyć zęby i twarz. Gotowe.

Wspomnienie

Gdy patrzę na moją córkę, która dopiero za kilka lat przystąpi do Pierwszej Komunii, wspominam moją komunię. To było bardzo miłe wydarzenie. Przyjechał kardynał, który udzielał nam tego sakramentu, a po mszy składałam mu podziękowania  – moje pierwsze wystąpienie z mikrofonem. W domu było przyjęcie, goście, poczęstunek i jakieś drobiazgi. I on. Mój rower – neonowo zielony składak. Moje loki, które całą noc kręciły się na papierze, dawno się rozprostowały. Mam z tym dniem same dobre wspomnienia, chociaż moja kreacja była miniaturową suknią balową, a rękawiczki były za ciasne. Na szczęście dziś panuje moda na skromne alby.

A jak Wy przygotowujecie się do komunii swoich dzieci?