Dove Goodness Derma Spa Nawilżający krem do ciała

Z Dove mam taką relację ciepło-zimną. W sumie rzadko sięgam po produkty, ale lubię ich pop-feministyczne reklamy, bo wprowadzają do urodowego światka także zwyczajne kobiety o innej budowie ciała niż jedyny akceptowalny w modzie.

Krem do ciała Dove Goodness kupiłam w ciemno i okazało się to dobrym strzałem. Krem jest przede wszystkim lekki jak balsam i ma rzadką konsystencję, przez co jest wydajny. Łatwo się go rozprowadza i szybko się wchłania, więc można go stosować także rano. Zostawia na skórze widoczną świetlistą warstwę, ale nie lepi się. Nawilża skórę od razu, a regularne stosowanie daje widoczne efekty w postaci miękkiej skóry. Nie mogę natomiast zgodzić się z opinią, że ujednolica kolor, a już na pewno nie ma żadnych właściwości redukujących pajączki! Po prostu dba o skórę, a ona odwdzięcza się dobrym wyglądem.

Dove Goodness Derma Spa Nawilżający krem do ciała

Krem ma kwiatowy i trwały zapach, co akurat mi odpowiada. Opakowanie jest wygodne do stosowania w warunkach domowych – w podróż lepiej balsam gdzieś przelać. Nawet nie z powodu wielkości opakowania, ale dlatego, że w podróży nie uda się utrzymać go w pozycji pionowej i krem zapaskudzi wieczko od środka – takie moje zboczenie, że nie lubię zapaćkanych wieczek.

Warto podkreślić, że krem nie ma w składzie parafiny. Nie jestem składnikowym detektywem, więc nie oceniam jakości i wpływu na skórę pozostałych składników, ale brak parafiny jest na pewno na plus.

Dove, Goodness Nawilżający krem do ciała wyrównujący koloryt skóry, Derma Spa; cena: ok. 25 zł za 300 ml

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Olejek to kosmetyk wszechstronny, a ponadto modny, bo po sukcesie pod naszą szerokością geograficzną olejku arganowego, olejki są teraz wszędzie: od kremów, przez kosmetyki do makijażu i demakijażu itd. Ta wszechstronność olejków spowodowała, że na liście 5 najlepszych według mnie olejków są produkty do wszystkiego.

1. Suchy olejek do ciała Nuxe

Całoroczny olejek do ciała i twarzy, który został moim ulubieńcem od pierwszego razu. Natłuszcza i odżywia skórę. Ma suchą formułę, więc można się szybko ubrać, nie zostawia tłustej powierzchni jak po oliwce, ale też nie wchłania się całkowicie. Skóra jest po nim rozświetlona. Występuje w wersji klasycznej oraz z opalizującymi drobinkami złota – nie jest to brokat, a wspaniałe podkreślenie opalenizny. Większa pojemność jest w sprayu.

2. Bio-Oil

Olejek pielęgnacyjny na blizny i przebarwienia, ale w praktyce kosmetyk z misją ratunkową. Wspaniale odżywia skórę, po 3-4 zastosowaniach znikają zaczerwienienia. Jest gęsty, bogaty i pozostawia tłustą warstwę na skórze. Najlepiej stosować go wieczorem po kąpieli i dać czas, aby się wchłonął.

3. Olej kokosowy

Mistrz wszechstronności. Do ratowania końcówek włosów po farbowaniu, na zrogowaciałe kolana i łokcie, jako baza do domowych peelingów, jako bezzapachowy balsam do całego ciała – do tego dotychczas go wykorzystywałam. Wspomnę w tym miejscu o jednej rzeczy. Olej kokosowy nie jest kosmetykiem do opalania. Moda na „naturalny” filtr przeciwsłoneczny i smarowanie się olejem kokosowym na plaży jest pomysłem tak złym i głupim, że szkoda o tym  w ogóle pisać.

4. Olejek-odżywka do twarzy Olejkowa Mezoterapia Perfecta

Olejek-serum, który wygładza, rozświetla, pielęgnuje i nie zatyka porów. Najczęściej stosowałam go na wieczór, ale latem doskonale się nadaje pod podkład BB – daje taką świetlistą bazę. Można go stosować solo lub w połączeniu z kremem czy podkładem. Pipeta zapewnia precyzyjne dozowanie.

5. Olejek pod prysznic Isana

Tani, wydajny i zawsze w wakacyjnej kosmetyczce. Olejek Isana broni się przede wszystkim ceną i przeznaczeniem – nawilżające działanie pod prysznicem. Nie jest to kosmetyk wybitny, ani nawet dobry. Jest takim rzemieślnikiem – wykonuje swoją robotę, która polega na niedopuszczeniu do przesuszenia się skóry.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Niby nie od dziś wiem, że krem z filtrem powinno się stosować cały rok, ale dotychczas poza sezonem letnim bazowałam jedynie na filtrach dostępnych w innych kosmetykach – podkładzie czy kremie nawilżającym.

Sprawdziłam, jaką ochronę zapewniają i okazało się, że mój krem na dzień nie ma w ogóle filtrów, a podkład – SPF 5. Postanowiłam coś do tego dorzucić.

W ręce wpadł mi krem Super Sunblock SPF 30 firmy GlySkinCare. Ma delikatną konsystencję, szybko się wchłania pozostawiając wyczuwalną, ale przyjemną warstewkę na skórze. Bardzo dobrze współgra z podkładem – nie przeszkadza w aplikacji i utrwaleniu się fluidu.

Krem zawiera benzofen 3, czyli filtr chemiczny, który pochłania promieniowanie i sprawia, że kosmetyk jest fotostabilny. Obrazowo mówiąc to ten filtr, który nie daje białych smug, dzięki czemu można go z powodzeniem stosować pod makijaż. Filtry chemiczne mają wiele zalet, ale należy pamiętać, że nie wolno ich stosować u dzieci poniżej 1. roku życia oraz u osób z bardzo wrażliwą skórą. Krem nie zawiera filtrów na bazie kwasu PABA, które są mocno uczulające.

 

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

To moje nietrafione zakupy z ostatniego czasu. Aż dwa kosmetyki brązujące. Dlaczego?Długo szukałam produktu, który opali moje biało-białe nogi. Nie znalazłam. Po prostu mam biało-białe nogi :-)

Krem CC Bielendy ma „udoskonalać”, pielęgnować i rozświetlać skórę przykrywając przy tym drobne naczynka. U mnie nie działa, tzn. nie kryje naczynek, nie rozświetla, a mieni sie, zostawia smugi na ubraniach, kanapie. Do kosza!

Podobnie Sally Hansen Airbrush Legs, czyli rajstopy w sprayu. Tam, gdzie udało mi się go dobrze rozprowadzić, pięknie matuje skórę, ale w ciągu dnia ściera się z nóg, zostaje na ubraniach, krzesłach. A może to ja nie umiem nakładać tego kosmetyku? Ale macham, rozcieram, szybko się uwijam, czekam, aż się wchłonie. Eee, to nie moja wina. Do kosza z nim!

Krem na rozstępy Pharmaceris jest wielkim rozczarowaniem. Polecały mi go koleżanki, szwagierka mi go sprezentowała, po tym, jak własny brzuch przez dwie ciąże nim pielęgnowała. Używałam go dwa tygodnie po tym, jak skończył mi się krem Musteli. Niestety, pojawiły się rozstępy. Natychmiast wróciłam do bogatszych konsystencji. Więcej rozstępów się nie pojawiło.

Kolorowy tusz do rzęs Max Factor. Fajny i prosty pomysł, aby dobrać kontrastowy do tęczówki tusz, który uwypukli jeszcze kolor oczu. Szkoda, że przy okazji zrezygnowano z tuszu. Maluję, tuszuję, miziam, głaszczę po wielokroć a efekt mizerny. Mimo, że tusz jest jasnobeżowy, utrwala się na rzęsach jako ciemny, niemal czarny, z metaliczną poświatą. Nie wiem, czy to wina szczoteczki czy tuszu, ale nałożenie go na rzęsy wymaga wieeeeeelu warstw, czasu i cierpliwości. Nie polecam.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Karmienie piersią jest najlepsze dla niemowlęcia, ale bywa kłopotliwe dla mamy. Można sobie ułatwić ten proces korzystając z wielu gadżetów: poduszek – rogali, osłonek do karmienia w miejscach publicznych, silikonowych nakładek na brodawki, żelowych okładów chłodzących lub rozgrzewających na piersi, laktatorów ręcznych lub elektrycznych, kremów do biustu lub brodawek. Oczywiście nie musisz posiadać żadnego z tych przedmiotów, aby z sukcesem karmić niemowlę piersią, ale na pewno nie obędziesz się bez wkładek laktacyjnych.

Wkładki laktacyjne to higieniczny drobiazg, który ma chronić bieliznę przed poplamieniem pokarmem. Bo pokarm wycieka z piersi nie tylko wtedy, gdy dziecko ssie. Dzieje się tak zwłaszcza w pierwszych tygodniach karmienia, ale zdarza się, że pokarm pojawia się jeszcze w ciąży. Rodzaj wkładek nie ma żadnego wpływu na dziecko, ale od ich jakości zależy komfort mamy.

Wkładki mogą być wyprofilowane lub nie, bawełniane lub z innych materiałów, które mają decydujący wpływ na przewiewność wkładki, z przylepcem lub bez, wreszcie – jedno- lub wielorazowe.

Z wkładkami laktacyjnymi jest jak z wkładkami higienicznymi – jest ich mnóstwo i trzeba znaleźć te, które najlepiej spełniają nasze potrzeby. Ja wypróbowałam kilka z łatwo dostępnych w sklepach produktów firm:

Bella Mamma

Używałam ich najdłużej, bo już w pierwszej ciąży i podczas karmienia piersią córki – w sumie ponad rok, choć nie zachwyciły mnie wcale – jakoś nie przyszło mi do głowy poszukać wygodniejszych. Szybko nasiąkają tracąc kształt i rolują się gdzieś w czeluściach biustonosza. Pokryte są bawełnianą warstwą, która może się przyklejać do sutków, jeśli wycieknie dużo pokarmu. Z przylepcem. Pakowane luzem.

Tommee Tippee

Najwygodniejsze z dotychczas stosowanych przeze mnie wkładek. Ich kształt (nie są wyprofilowane, co paradoksalnie mi odpowiada), rozmiar, grubość, warstwa wierzchnia, która pozwala skórze oddychać oraz rodzaj kleju, który nie zostaje na bieliźnie najbardziej mi pasują. Gdy wkładka wchłonie nieco pokarmu, nie roluje się i nie uciska piersi. Wkładki pakowane są parami w woreczki – łatwo i higienicznie można je zabrać ze sobą, choć nie zawsze jest potrzeba, aby wymieniać obie naraz.

Canpol Babies

Płaskie, przez co dyskretne, chłonne, nie rozwarstwiają się, ale są duże i ciężko je upchnąć wokół mniejszej piersi. Przez swoją wielkość i niedopasowanie do mojego biustu, wkład chłonny rolował się i nieestetycznie wyglądał. Z przylepcem. Pakowane osobno w woreczki, co jest wyjątkowo wygodne.

Babydream

Najmniejsze ze stosowanych przeze mnie wkładek. Chłonne, grubsze, widoczne spod miękkiego biustonosza, ale przewiewne. Pakowane luzem.