L'Oreal Fatale Volume Million Lashes

Znalazłam najlepszy tusz do rzęs. Moich rzęs, podkreślę. Czego szukałam? Czarnego, zagęszczającego optycznie i trwałego tuszu. Nie chciałam, aby podkręcał, bo od podkręcania rzęs jest – nomen omen – zalotka. Ani żeby wydłużał, bo z osła konia wyścigowego nie zrobisz – rzęsy jakie są, widzę. Po kilku latach, właściwie to po blisko dwóch dekadach, używania tuszu do rzęs mam swoje warunki brzegowe.

Moje rzęsy nie są jakieś szczególne – ani zupełnie marne, ani spektakularne. Stanowią jasną oprawę moich oczu i są proste, ale podatne na wywijanie.

Moim odkryciem w świecie tuszy do rzęs jest L’Oreal Fatale Volume Million Lashes. Właściwie od pierwszego użycia był to strzał w dziesiątkę. Tusz jest gęsty. Na końcu szczoteczki zbiera się go niewiele – najczęściej nie trzeba go ocierać o brzeg opakowania. Przez to, że tusz się nie ciągnie i nie jest zbyt płynny, ryzyko zrobienia ciapek na nosie czy powiekach jest niewielkie.

L'Oreal Fatale Volume Million Lashes

Maskara ma silikonową szczoteczką z krótkimi wypustkami. Pomiędzy każdą parą wypustek w danym rzędzie znajduje się przerwa. Rzędy są ułożone naprzemiennie, więc przerwy się nie pokrywają. Nie mam żadnego pojęcia, w jaki sposób pomaga to w dodaniu rzęsom objętości, ale moim pomaga.

Jaki efekt daje tusz Fatale? Rozczesuje, pogrubia i zagęszcza. Czarny kolor jest głęboki i dobrze widoczny. Nie ma grudek, łatwo ją budować poprzez dokładanie kolejnych warstw. Przyjemnie się ją nakłada, bo jak już wspomniałam tusz nie jest zbyt płynny, a ponadto budowa szczoteczki sprawia, że można dotrzeć nią do rzęs tuż przy skórze i nie odbić tuszu na powiece.

fot. zalotka

Dla mniej ostatecznym testem tuszu jest nałożenie go na dolne rzęsy. Niemal każdy tusz po kilku godzinach zostawia ciemny roztarty ślad swej wędrówki (IsaDora, Maybelline, ArtDeco – żeby nie być gołosłowną). Fatale tego nie robi i tym sposobem uzyskała tytuł najlepszego tuszu do rzęs. Oczywiście także nie kruszy się, ani nie osypuje. Łatwo się ją zmywa. Używając olejku do demakijażu rano nie mam żadnych pozostałości pod oczami, co często się zdarzało po niedokładnym demakijażu lub w przypadku zbyt odpornej maskary.

Właśnie kończę pierwsze opakowanie. Zużycie tuszu zajęło mi trzy miesiące.

Cena: 60 zł.

A jakiego efektu od tuszu do rzęs oczekujesz Ty?

IMG_20170115_131348_611

fot. zalotka

Krem nawilżająco-rozświetlający MAC Strobe Cream to produkt, którego długo uczyłam się stosować. Pod podkład, z podkładem, zamiast podkładu i tylko z pudrem, miejscowo, z różem. Och, opcji było sporo. W końcu mam na niego kilka patentów i bardzo go lubię. Choć przyznać muszę, że ilość determinacji, jaka była potrzebna do rozpracowania go, pozwala mi uznać ten krem za trudny „w obróbce” kosmetyk. Jaki daje efekt? Jak go stosować? U kogo się sprawdzi? To po kolei.

Krem ma lekką konsystencję i biały, perłowy kolor (dostępne są kolory: goldlite, peachlite, pinklite, redlite i silverlite, który mam ja). Strobe Cream pozostawia powłokę opalizującą w kierunku perłowym, jednak lekko różowym, choć jest to odcień zimny i neonowy. Efekt na skórze to świetliste wykończenie, takie z wnętrza skóry, a nie w wyniku odbicia światła od drobinek, których w kremie nie ma. Kosmetyk ma wyraźny, świeży zapach. Jego właściwości nawilżające pozytywnie mnie zaskoczyły. Po porannym przemyciu twarzy tonikiem, nałożyłam Strobe Cream z podkładem i okazało się to wystarczające. Jednak nie powiedziałabym, że może zastąpić krem nawilżający, a to z powodu sposobu jego stosowania.

Jak go stosować? Na wiele sposobów, ale z umiarem. Krem MAC nałożony na twarz bezpośrednio pod podkład będzie niemal niewidoczny. Wszystko oczywiście zależy tu od stopnia krycia podkładu. Zmieszany w niewielkiej ilości z podkładem da efekt naturalnie promiennej cery. Tak lubię go stosować najbardziej i to jest sposób, który polecam dla tego produktu.

strobe2b

Miksuję go z podkładem Bourjois Healthy Mix w stosunku 1:3. Dobranie idealnej dla mnie ilości Strobe Cream i podkładu zajęło mi chwilę. Gdy rozświetlacza jest za dużo, twarz świeci się nienaturalnie i wygląda na pokrytą grubą warstwą kremu dla dzieci.

Trzecim sposobem użycia Strobe Cream jest nałożenie go jako rozświetlacza na makijaż. Tu w sukurs przychodzi zasada, że strobing najlepiej się prezentuje w kontraście do matu. Czyli matowo wykończony makijaż, a na wierzch wklepany krem – na kości policzkowe, pod łuki brwiowe, na czoło, grzbiet nosa i nad górną wargę. Ten sposób używania Strobe Cream odpowiada mi jednak najmniej, ponieważ nakładanie i rozcieranie granicy kremu na podkładzie jest pomieszaniem z poplątaniem.

Bardzo lubię Strobe Cream na dekolcie i kościach obojczyka. Tam skóra jest pozbawiona kosmetyków do makijażu, a Strobe Cream wydobywa jej naturalne piękno.

Krem polecam osobom, które lubią świetliste wykończenie makijażu i tak, jak ja uciekają od matu. Nie wiem, jak krem sprawdza się na cerach tłustych, ale efekt rozświetlenia jest opalizujący, a nie błyszczący, więc może się sprawdzić.

Cena: 140 zł za 50 ml

strobe1

fot. esteelauder.pl

Wokół podkładu Double Wear krążę jak satelita, ale nie mogę się do niego przekonać, gdyż jest dla mnie zbyt ciężki. Także wersja Light mnie nie zachwyciła. Teraz testowałam Double Wear Makeup To Go Liquid Compact i mogę o nim coś więcej powiedzieć.

Podkład ma lekką formułę ale kremową konsystencję. Nakłada się go bardzo wygodnie: daje się niezwykle łatwo rozprowadzić, nie zasycha, nie zmienia konsystencji w pudrową, co w przypadku mojej normalnej, ale skłonnej do uczucia ściągnięcia cery, było dobrym zwiastunem.

Ma średni poziom krycia przy jednej warstwie. Dla mnie taka ilość jest już wystarczająca, ponieważ nie lubię, gdy moja skóra jest całkowicie zakryta. Łatwo można dodawać kolejne warstwy, zwiększając poziom krycia.

Podkład ma świetliste wykończenie i nie jest matujący jak klasyczny Double Wear. Osobiście bardzo lubię promienny i zbliżony do naturalnego blask skóry, a nie sztuczny mat, ale tu wszystkiego jest za dużo. Ta świetlistość podkładu nie stapia się z cerą, pozostaje przez długi czas jakby na jej powierzchni. Mam wrażenie, że to właśnie ona odpowiada za podkreślenie każdego pora w mojej skórze przez dziwacznie odbijanie światła, a mocno widoczne pory naprawdę nie są moim problemem. Aby osiągnąć zadowalający efekt, musiałam nałożyć kolejną warstwę produktu w okolicy nosa.

dsc06547c

W ogóle efekt rozświetlenia jest dla mnie zbyt mokry i nieprzyjemnie lepki. Lepkość nie ustępuje szybko, bo kompakt nie zmienia swojej struktury, ale pozostaje taki kremowy. Dlatego zdecydowałam się przypudrować twarz, ponieważ nie sposób było jej dotknąć przez długi czas – coś jak buzia dziecka w mroźny dzień sowicie zaciapkana kremem ochronnym.

Dzięki temu, że nałożyłam puder, podkład jako tako utrzymał się na twarzy. W miejscach nieupudrowanych wsiąkł w skórę po około 3 godzinach, zostawiając po sobie ślad godny kremu BB. To nie jest najbardziej trwały towarzysz dnia.

Kompakt ma wygodne opakowanie, ponieważ naciśnięcie wewnętrznej pokrywki uwalnia kroplę podkładu. Wygodne nie tylko w podróży, ale i na co dzień. Myślę, że świetnie sprawdzi się w torebce, jako kosmetyk do poprawek.

Podsumowując: jest to podkład o wodnistej konsystencji, kremowej formule, z możliwością stopniowania krycia, niezbyt trwały. Ma świetliste wykończenie, wymaga utrwalenia i zmatowienia (ja to powiedziałam? ja rekomenduję mat?) pudrem. Nie polecam go cerom tłustym. Sprawdzi się w przypadku skóry suchej, bez widocznych porów i wyprysków.

Cena: 199 zł

fot. zalotka.pl

Wypiekany róż Creme Buff Max Factor to mój wierny towarzysz jesiennego makijażu. W całej kolekcji najbardziej wszechstronnym i pasującym wielu kobietom odcieniem jest Nude Mauve, w który i ja się zaopatrzyłam.

Róż nakłada się płynnie, bez smug, można go rozprowadzać, intensyfikować, a granicę nałożenia produktu bardzo łatwo się rozciera i wtapia w makijaż. Nie da się nim zrobić plamy na policzku. Creme Buff jest produktem w pudrze, ale mimo to polecam go także cerom suchym, gdyż ma satynowe i delikatnie rozświetlające wykończenie, a sam produkt ma konsystencję gęstego, ciężkiego pudru. Produkt Max Factora może konkurować z różami a choćby i samej Bobbi Brown – jest wydajny, nie kamienieje. Choć nie ma drobinek (nie ma ich odcień Nude Mauve; niektóre z pozostałych kolorów mają złote drobinki), daje świeży i lekki rumieniec na twarzy. Bardzo łatwo się go rozprowadza. Jego jedynym minusem jest trwałość – na mojej skórze dobrze trzyma się jakieś 6 godzin.

fot. zalotka.pl

Nie mogę się zdecydować, czy kolor Nude Mauve jest bardziej różem do policzków, czy jednak produktem do konturowania. Z pudrem brązującym mam burzliwe relacje. Trudno mi znaleźć odcień nude, wtapiający się w skórę, ale jednak wykonujący swoją robotę. Nude Mauve nie rzuca się w oczy i dokładnie spełnia moje wymogi dotyczące „niewidzialności” – ma być widać efekt, a nie kosmetyk. Podkreślam nim kości policzkowe, a na szczytach policzków nakładam go mniej. Efektem jest bardzo naturalnie wyglądający makijaż.

Nakładanie różu Creme Buff jest bardzo wygodne – nie kruszy się w opakowaniu ani nie osypuje na twarzy (to produkt wypiekany, nie prasowany). Pudełko nie ma żadnego pędzelka czy puszku – i dobrze! I tak ich przecież nikt nie używa. Lusterko jednak nie byłoby złym pomysłem. Opakowanie wygląda na solidne, ale gdy pewnego dnia wzięłam je do ręki, okazało się, że prawdopodobnie któreś z moich dzieci grzebało w mamusinych rzeczach. Nie wiem, jaka zabawa doprowadziła do oderwania się pokrywki, ale jednak stało się to i teraz nie mogę już spakować mojego różu do kosmetyczki. Nie po tym, jak wytarłam i umyłam każdy uróżowany kosmetyk, który się w niej znajdował.

fot. zalotka.pl

źródło: lennyletter.com

źródło: lennyletter.com

Alicia Keys rezygnuje z makijażu – takie nagłówki i zdjęcia pięknej piosenkarki zalały mojego Facebooka. Cieszę się, że jako artystka postanowiła dać odpór wysokim wymaganiom dotyczącym kobiet na scenie i poczuć się dobrze w swojej skórze. Na szczęście zwykłe kobiety nie muszą zmagać się z takimi oczekiwaniami ze strony otoczenia, więc wyrzucenie kosmetyczki w żaden sposób nie może im  w niczym pomóc. Mogą się malować albo nie – ich sprawa.

Czyżby?

Makijaż lub jego brak dużo zmienia. Spróbujcie wyjść nieumalowane do sklepu po sprawunki. Wejdźcie do butików w galerii handlowej. Bez makijażu po standardowym mogę-w-czymś-pomóc-nie-dziękuję jesteście… niewidzialne! Ekspedientki wracają do przerwanych rozmów po otaksowaniu takiej niezadbanej, która i tak niczego dla siebie nie znajdzie.

Takie samo ocenianie może spotkać Was w restauracji, w poczekalni u lekarza, w salonie fryzjerskim, w nail barze, w banku, w pracy. Makijaż dużo zmienia w życiu zwykłych kobiet – nie tylko w życiu Alicii Keys. Jest oczekiwaną oczywistością. Podobnie jak opalone nogi w pierwszych dniach wiosny.

W ogóle wymagania wobec kobiet są bardzo wysokie. Nie chcę przez to powiedzieć, że wyższe od wymagań wobec mężczyzn. Nie o to tu chodzi. Zresztą wystarczająco często myli się feminizm z wrogością wobec mężczyzn. A tu chodzi po prostu o kobiety i ich poczucie piękna. Bo poczucie piękna nie jest niczym złym. Chodzi mi o budowanie ram, w które się chcemy wpasować. Nie, nie jesteśmy przez nikogo ciemiężone. Nikt nas nie zamyka w klatkach. Ale pozostaje pytanie: skąd się bierze to głębokie przekonanie, że powinnam to zrobić tak i tak? Czy tylko z moich potrzeb? Kiedyś kobiety paliły staniki, dziś niektóre próbują się nie golić pod pachami. Teraz jeśli masz w sobie rebeliantkę, to… nie maluj się jak Alicia Keys.

Aktualizacja

Jeszcze jedna myśl w sprawie makijażu. Wydaje mi się, że potrzeba makijażu powinna wynikać z wnętrza samej kobiety. Jeśli dziewczyna na co dzień maluje się do pracy, a w weekend oddycha z ulgą, bo już nie musi, to można się zacząć zastanawiać dlaczego. Czy ten makijaż w ciągu tygodnia jest wynikiem jej potrzeby takiego wizerunku czy jest narzuconym oczekiwaniem wobec pracownicy? Czy dziewczyna używa makijażu jak Excela do wyliczeń, bo jest świadoma, że tylko wtedy potraktują ją serio – jak spełni oczekiwania wobec wyglądu kobiety?

Obejrzałam wideo Jessiki Mercedes o jej makijażu.Wielokrotnie w nim mówi: „jak nie muszę się malować” albo „jak muszę się malować”. Ona jest dokładnie przykładem na to, przeciwko czemu zbuntowała się Alicia Keys – wymagań dotyczących wyglądu. Żeby się przebić z tym, co masz do powiedzenia, najpierw musisz spełnić wymaganie dotyczące wyglądu. Inaczej wezmą cię na tapet – że paznokcie niepomalowane, że włosy rozczochrane, że korektor nieroztarty – i nigdy do nikogo nie dotrze informacja, czym ty się naprawdę w życiu zajmujesz z pasją.

To jest kwestia poruszona także w tym artykule (czytać w oderwaniu od przekonań politycznych) o szefowej Kancelarii Prezydenta, Małgorzacie Sadurskiej – nieważne, co ta pani robi, co myśli, gdzie się kształciła, co uważa, dokąd zaprowadzą nas jej decyzje. Nie. Ma „niemodną” według kogoś sukienkę i temu zawdzięcza swoją pielgrzymkę swoich zdjęć po mediach.