Healthy Mix Bourjois

fot. Zalotka.pl

Podkład Bourjois Healthy Mix zmienił opakowanie oraz skład. Ten kosmetyk od lat należy do moich ulubieńców i na stałe gości w mojej kosmetyczce. Od kilku tygodni naprzemiennie stosuję stary i nowy. Jaka jest między nimi różnica?

Bardzo starałam się dostrzec jakąkolwiek różnicę, ale właściwie jej nie ma. Podkład przed i po reformulacji ma taką samą konsystencję, zapach. Odnoszę wrażenie, że nowa formuła nie oksyduje tak bardzo, ale i stara robiła to w bardzo wąskim zakresie.

Podkład ładnie się rozprowadza, jest kremowy, nawilża, nie zasycha, ale stapia się ze skórą. Nie ma tu mowy ani o macie (np. HD Perfect Coverup Inglota), ani o rozświetleniu (np. Double Wear Makeup To Go Liquid Compact Estee Lauder). Ma po prostu naturalne wykończenie, a skóra wygląda na odżywioną i wypoczętą. Lekko tylko przykrywa niedoskonałości i zaczerwienienia. Jedna warstwa daje efekt średniego krycia i niewiele więcej można z nim zrobić, bo nie jest to produkt łatwy do budowania warstwa na warstwie.

Healthy Mix ma 5 odcieni i wszystkie są dość jasne. To stanowi o jego popularności wśród Polek. Jak same wiecie, bardzo trudno znaleźć drogeryjny podkład w jasnym odcieniu, który nie wpada w róż. Healthy Mix nie jest idealny, ale najbliżej mu do ideału spośród wielu innych marek.

Do jego niezaprzeczalnych plusów należy komfort noszenia. Jest niewyczuwalny na skórze, zarówno dla mnie „od wewnątrz”, jak i przy dotknięciu dłonią skóry – nic się nie lepi. Wspaniale prezentuje się po nałożeniu – podkład usuwa się w cień podkreślając naturalność skóry.

New Healthy Mix Bourjois

fot. Zalotka.pl

Jednak podkład Healthy Mix ma jedną dość poważną wadę: jest nietrwały. Makijaż na twarzy wytrzymuje ok. 4 godzin, a moja skóra nie należy do tłustych. Mam zwyczaj dotykania twarzy, przykładania rąk do policzków, w ciągu dnia przytulam dzieci, więc podkład ma się gdzie ścierać. O dziwo, gdy wieczorem zmywam makijaż, resztki podkładu pozostają na ściereczce. Jednak efekt, jaki prezentuje na buzi nie jest zadowalający. Gdy używam Healthy Mix, nie stosuję różu, ponieważ w ciągu kilku godzin moje naturalnie zaróżowione policzki wydostaną się na pierwszy plan. Pozostaje bronzer.

Podkład otrzymał ode mnie kilka szans: nakładałam go pędzlem, dłońmi i gąbeczką Beauty Blender (czy wiesz, jak ją czyścić?). Próbowałam triku z nakładaniem najpierw pudru. Healthy Mix miał lepsze krycie, ale to tylko nieznacznie wydłużyło jego trwałość. Nakładałam bazę pod podkład, a dopiero potem Healthy Mix. Na nic. Nie utrwalałam jedynie podkładu za pomocą pudru transparentnego, ponieważ nie lubię takiego efektu na twarzy.

Mimo poważnej wady, jaką jest nietrwałość, Healthy Mix pozostaje moim ulubieńcem, ponieważ daje naturalne wykończenie. Jednak na pewno nie zyskałby mojej przychylności, gdybym potrzebowała podkładu, który przetrwa ze mną cały długi dzień pracy. Na wieczorne wyjścia, gdy maluję usta zdecydowanym kolorem, wybieram zwykle inny podkład, bardziej kryjący.

Krycie: średnie. 

Trwałość: 4-5 godzin.

Dla kogo: cer bez problemów, bez potrzeby krycia, efekt naturalnego wykończenia.

Cena: 63 zł za 30 ml w słoiczku z pompką.

Stara i nowa wersja Healthy Mix Bourjois, fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Nieperfekcyjne brwi z widocznymi włoskami, trochę tylko uczesane i lekko przyciemnione – to jest mój cel. Nie podobają mi się tzw. instagramowe brwi, czyli zdecydowany kolor, ostro zarysowane łuki, podkreślone jeszcze korektorem i wypełnione kolorem, nawet w wersji soft, czyli ombre.  Na mojej twarzy taki makijaż przypominałby bardziej drag queen. Także ja podziękuję. Jednak z chęcią wykorzystam kilka fajnych kosmetyków do brwi. A przyznać trzeba, że jest ich mnóstwo.

Zanim do kosmetyków przejdę, brwi trzeba po pierwsze uczesać. Wtedy widać ich naturalny kształt. Moje brwi są zwyczajnej długości, ale mają różny kształt. Ich właściwe uczesanie jest kluczowe. Jedna tylko trochę w górę i na zewnątrz, druga zdecydowanie w górę – taki układ daje pożądany efekt. Jaki? Aby brwi były jak siostry, nie jak bliźnięta.

Zwykle sama radzę sobie z utrzymaniem kształtu łuku brwi, ale od czasu do czasu idę do kosmetyczki. Oczekuję wtedy użycia tylko pęsety lub nitkowania, bo to precyzyjne narzędzia. Nie zgadzam się na wosk.

Kiedy kształt już jest, pora na wypełnianie brwi. Ponieważ nie chcę, aby moje brwi były jednolitym blokiem koloru, matowym cieniem (może być taki z palety do powiek) wypełniam jedynie niewielki fragment na szczycie łuku, aby się tak gwałtownie nie zwężał. Kiedyś odkryłam, że idealnym sposobem na malowanie brwi jest robienie tego pod włos. I dalej stosuję tę metodę. Brwi układam za pomocą żelu NYX w kolorze Espresso. I tyle. Bardzo szybko.

Jak malować brwi

fot. Zalotka.pl

Poza nielubianym przeze mnie trendem na instagramowe brwi istnieje także drugi. Modne są tzw. featherd brows, czyli pierzaste brwi. I to mi się podoba! Polega na tym, że za pomocą flamastra do brwi z cienką końcówką lekkim ruchem dorysowuje się brwi, optycznie je zagęszczając. Na pewno wypróbuję. Wkrótce możesz się spodziewać aktualizacji tematu o brwiach.

A skoro o Instagramie mowa – zapraszam na mój profil. 

Pineapple Macaron Lipbalm It's Skin

fot. zalotka.pl

Zima to najlepszy test dla wszelkich kosmetyków pielęgnacyjnych do ust. Koreański makaronik, będący ananasowym balsamem do ust, jest równie piękny, co przeciętny.

Macaron Lip Balm marki It’s Skin mam w wersji anansowej (są jeszcze jabłkowa, truskawkowa i winogronowa). Po 2 tygodniach używania nie pachnie nawet syntetycznym ananasem – i to jest moje największe rozczarowanie. Ale opakowanie – żółciutki makaronik, czyli takie francuskie ciasteczko – jest piękne.

Balsam nakłada się palcem, co właściwie mi zawadza, bo wolę balsamy w sztyfcie, które nie brudzą rąk. Poza tym pierwsze aplikacje to było żmudne kręcenie kółek palcem, aby choć odrobina produktu mogła zostać przeniesiona na wargi. Na ustach trzyma się długo i dobrze nawilża. Łatwo się rozprowadza i jest bardzo wydajny. Na ustach pozostawia przyjemną dla oka świetlistą warstewkę, która w dotyku jest satynowa. Nie lepi się.

W składzie znajdziemy na piedestale parafinę. Nie jestem składnikowym guru, ani tym bardziej Inci Nazi, ale koreańskie kosmetyki mają opinię bardzo dobrych dla skóry, więc mogliby się tej parafiny jednak pozbyć.

Macaron Lip Balm to dokładnie taki Eos – nijaki produkt w zabawnym i zwracającym uwagę opakowaniu. Bo i opakowanie jest bardzo poręczne i dobrze wykonane – mimo płaskiego kształtu odkręca się za każdym razem i nie tracę przy tym cierpliwości, jak to ma miejsce przy korektorze z Inglota chociażby.

Polecam, ale nie spodziewajcie się cudów. To nie balsam Nuxe czy Tisane.

Cena: 29 zł.

fot. zalotka

Jak duża jest moja kolekcja pomadek do ust? Stosunkowo niewielka, ale nie umiem jej szybko policzyć, bo pomadki i kredki do ust trzymam w torebce, w kosmetyczce, w szufladzie toaletki. Zróbmy z nimi porządek. Chodźcie, będziecie mi towarzyszyć.

To moje szminki:

fot. zalotka

Jednak jest ich więcej niż się spodziewałam. Zobaczymy, co uzbierałam, a przede wszystkim, co się sprawdza, czego używam, a z czym pora się pożegnać.

Błyszczyki

To już resztki mojej niegdyś potężnej kolekcji. Błyszczyków obecnie nie używam wcale. Są moim reliktem przeszłości, gdy szminka była dla mnie przerażającym gadżetem, którego nie umiałam nosić i bałam się tej atencji, którą dają umalowane usta. Teraz zdecydowanie wolę szminki od błyszczków.

fot. zalotka

W mojej kolekcji ostały się jeszcze tylko dwa błyszczyki od IsaDory i Pupy – oba bardzo przyjemne w użyciu. Nawilżające, nie kleją się, drobinki nie są ostre. Oczywiście kolory są półtransparentne i jedynie lekko barwią usta. Jeśli niczego nie jem i nie piję, błyszczyki ładnie się prezentują. Oba ścierają się równomiernie i niezauważenie znikają, nie pozostawiając żadnych śladów.

Pomadki w sztyfcie

To moja ulubiona obecnie forma kosmetyku do ust. Mają wygodne w użyciu nawet bez lusterka płaskie sztyfty – zupełnie jak zwyczajna pomadka ochronna.

fot. zalotka

Pierwszą taką pomadką w mojej kolekcji była szminka Astora. Niestety, z opakowania starły się wszelkie informacje, więc nie wiem, jaki to kolor. Myślę, że była to pierwsza szminka o dawna, którą zużyłam do samego końca.

Dwie szminki IsaDory okazały się być strzałem w 10. Nie pamiętam już, czy pochodziły z limitowanych kolekcji, ale zarówno bezbarwna, jak i ta w odcieniu nr 10 Lovely Lavender, są ultra nawilżające oraz mają przyjemny i delikatny zapach. Szminka kolorowa nosi się bardzo dobrze – nie zasycha, nie wchodzi w załamania warg, ściera się równomiernie i nie tworzy żadnych śladów.

Ostatnią, a zarazem najnowszą w kolekcji jest Clinique. Nie jest tak nawilżająca, jak IsaDora, ale bardzo komfortowa. jest także mocniej napigmentowana niż sztyft IsaDory. Długo i ładnie trzyma się na ustach. Aktualnie jest moją ulubioną.

Szminka w kredce

fot. zalotka

Jest tylko jedna i jeszcze jej nie strugałam, więc niewiele mogę powiedzieć o jej użytkowaniu. Matowa kredka Golden Rose to był zakup bardziej dla koloru niż dla właściwości produktu, ale pozytywnie mnie zaskoczyła. Po przygodzie z piękną matową pomadką w płynie z Golden Rose – o niej poniżej – postanowiłam dalej eksplorować tę markę. Głęboki brudny burgund nie jest kolorem na co dzień, ale kto wie, co mi strzeli do głowy.

Pomadki w płynie

Szminki bardzo na czasie. Jeśli jeszcze są matowe, to oznacza, że jestem na bieżąco z trendami. Obie moje pomadki mają wspaniałe kolory – jedna jest klasycznie różowa, druga koralowo czerwona.

fot. zalotka

Pomadka Liquid Matte Lipstisk GoldenRose jak i szminka Rouge Edition Velvet Bourjois są bardziej wymagające w użyciu. Obie potrzebują idealnie przygotowanych ust. A więc ust miękkich, po peelingu, nawilżonych. Podczas, gdy inne moje szminki pielęgnują usta, zwłaszcza szminki w sztyfcie, te jedynie je upiększają i to jeszcze pod konkretnymi warunkami. Obie pomadki mocno wchodzą w załamania zbyt suchych warg podkreślając je. Ponieważ szminki są w płynie, trudno jest je nabudować. Dodanie kolejnej warstwy nie niweluje widoku linii na ustach. Przyznam, że zimą jest mi trudno zachować nawilżone usta bez skórek. Ale kiedy mi się to wreszcie udało, efekt był bardzo ładny. Prawdopodobnie zaczekam z ich częstszym używaniem do wiosny.

Pomadka Golden Rose zasycha na ustach bardzo szybko i jest super trwała – zmyć ją można tylko olejkiem. Odporna na picie i jedzenie, pod warunkiem, że nie jest to coś tłustego. Nie czuć jej na ustach, nie tworzy skorupy, przyjemnie się ją nosi. Ma wygodny do nakładania płaski gąbkowy aplikator. Trudny do akceptacji jest dla mnie jej zapach – intensywny zapach proszku na budyń waniliowy.

Pomadka Bourjois ma inne niż Golden Rose wykończenie – jest aksamitna, zupełnie się nie klei. Na ustach jest niezwykle lekka. Natychmiast o niej zapominam. Nie jest to jednak pomadka bardzo trwała.

Pomadki klasyczne

Tu jest w końcu więcej kolorów niż brudny róż. Jest klasyczna czerwień z Pupy – noszę ją niezwykle rzadko. Moja skóra ma naturalną tendencję do czerwienienia się. Nie podoba mi się efekt, jaki osiągam, gdy do mojego codziennego makijażu dodam czerwone usta. Widzę wtedy przede wszystkim zaróżowione policzki. Do czerwone szminki zdecydowani muszę używać bardziej kryjącego podkładu, czego na co dzień nie robię.

fot. zalotka

Mam tu także nude z Golden Rose – nietrafiony kolor, bo zbyt rudy – oraz z Mary Kay – również niezbyt twarzowy odcień chłodnego różu. Jest sprezentowana mi pomadka Korres w odcieniu terakoty oraz błyszcząca pomadka Catrice, którą wyparły szminki w sztyfcie.

Co zostaje, czyli ile szminek potrzebuje kobieta

Moja kolekcja to same róże, brudne róże, ciemniejsze wiśnie i nieco czerwieni. Jest jeden odcień nude i fioletowawy burgund. Po ostrej selekcji postanowiłam pozostać przy 5 produktach: sztyftach IsaDory i Clinique, płynnych Bourjois i Golden Rose oraz ciemnej kredce także z Golden Rose.

Zostały więc pomadki codzienne, odważna czerwień i ciemny odcień na raczej wieczorne wyjścia. Wygląda na to, że potrzebuję koloru nude. W mojej ocenie właśnie takie cztery odcienie są podstawowe dla każdej z nas.

A jakie są Wasze kolekcje szminek?

Śmiało wymieniajcie w komentarzach, a gdyby któraś z Was mogła polecić ładny odcień nude, będę wdzięczna!