Olejek do demakijażu jest od kilku miesięcy obowiązkowym punktem wieczornej pielęgnacji. Wypróbowałam już kilka produktów: obłędnie pachnący olejek Go Cranberry, olejek arganowy Bielendy, który ma niezbyt dobrze oceniany skład, świetny olejek Resibo oraz doskonały na podróż balsam do demakijażu Clinique. Wybieram wciąż nowe i inne produkty z ciekawości, ale także dlatego, że choć bardzo polubiłam te stosowane dotychczas, to zawsze można coś poprawić, prawda? I tym razem doszłam do miejsca, gdzie można jedynie powiedzieć iż lepsze jest wrogiem dobrego.

Przeglądając Instagrama kilka razy natknęłam się na produkty Evree oraz na entuzjastyczne recenzje. Do mojego koszyka trafił więc Magic Rose, różany olejek do mycia twarzy.

Z olejkami mam już niejakie doświadczenie i mogę powiedzieć, że Magic Rose to najsłabszy z olejków do demakijażu, jakie miałam. Dlaczego? Słabo radzi sobie ze zmyciem makijażu i szczypie w oczy.

Olejek rozprowadza się na wilgotnej skórze. Produkt zamienia się w emulsję, którą można spłukać za pomocą wody. Czyli tak, jak miało to miejsce w przypadku Bielendy czy Clinique, ale nie Resibo i Go Cranberry, które należy zdejmować z twarzy za pomocą ściereczki.

Na co dzień noszę zwykły tusz do rzęs, ale nawet z nim olejek Evree sobie nie poradził. Tusz rozmazywał się wokół oczu, tworząc pandę. Resztki mascary trzeba było zetrzeć płynem micelarnym. Ponadto olejek lekko szczypie w oczy, choć nie sprawia, że zachodzą mgła. Myślę, że ten kłopot z demakijażem wynika ze specyfiki tego produktu – olejek pod wpływem wody tworzy emulsję, którą można łatwo zmyć. Jednak kosmetyk zbyt krótko ma na skórze postać olejku, aby dokładnie rozpuścić kilka warstw tuszu. Gdy zmieni się w emulsję, nie ma już swoich właściwości „luzowania” makijażu. Niestety, kolejna aplikacja olejku nie pomaga.

Ponieważ olejek słabo radził sobie z domyciem widocznego makijażu, obawiałam się, czy uda mu się zmyć filtr SPF, który stosuję pod makijaż. Możliwe, że moje obawy okazały się słuszne, bo na twarzy pojawiło się kilka wyprysków. Równie dobrze mogły być one spowodowane hormonami, choć akurat w moim przypadku wypryski są oznaką dwóch rzeczy: alkoholu z chipsami lub niedomytej twarzy. Wykroczeń przeciwko diecie nie było, zatem podejrzenie padło na kosmetyk.

Plusem olejku Magic Rose jest jego różany, subtelny zapach. Produkt może się sprawdzić przy porannym oczyszczaniu twarzy, bo jest bardzo delikatny dla skóry. Uważam jednak, że nie dość dobrze usuwa makijaż.

Cena: ok. 25 zł

Mam nowego ulubieńca! Skuteczny jak olejek, szybki jak Glov i zmywa się tylko wodą. Oraz można go kupić w małym, podróżnym opakowaniu. Przedstawiam nowość w mojej kosmetyczce, czyli balsam do demakijażu Clinique.

Demakijaż olejkiem to wciąż mój numer jeden, a balsam do demakijażu Take The Day Off pozostaje w tych samych klimatach. Produkt ma stałą konsystencję. Wystarczy wyjąć niewielką ilość – mnie wystarcza tyle produktu, żeby przykryć paznokieć.

W kontakcie z ciepłem skóry rąk, balsam zmienia konsystencję w płynną. Staje się niby-olejkiem, który ekspresowo rozpuszcza makijaż, w tym tusz do rzęs i nie podrażnia oczu. Balsam nie jest jednak stricte olejkiem, więc nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, po której ręce mogą się długo ślizgać, wykonując masaż. Dość szybko zaczyna brakować poślizgu. Dla mnie to znak, że demakijaż skończony.

Balsam spłukuję tylko wodą. Teraz pora na oczyszczanie, ale nie będę ukrywać, że ja po prostu przemywam twarz jedynie płynem micelarnym. Potem już tylko serum i krem nawilżający.

Balsam nie natłuszcza, ale także nie wysusza buzi. Po stosowaniu tego produktu nie mam żadnych kłopotów z cerą. Choć z natury nie mam twarzy skłonnej do wyprysków, to jednak niewłaściwe oczyszczanie zawsze kończy się u mnie tak samo – pryszczami. Skoro ich nie ma, a ja czuję, że cera jest świeża, musi to być znak, że balsam dobrze usuwa i makijaż, i krem z filtrem, a i sam łatwo się zmywa z buzi.

Balsam kupiłam w opakowaniu podróżnym, czyli w 15 ml słoiczku.

Cena: 29 zł za 15 ml, 149 zł za 125 ml.

Pielęgnacja skóry jest dla mnie dużo ważniejsza niż makijaż, a nawet nowości perfumiarskie (nie sądziłam, że do tego dojdzie ????). Nie zawsze tak było, ponieważ moja skóra dobrze reagowała na prostą pielęgnację – oczyszczanie jedynie płynem micelarnym, potem krem nawilżający, na noc krem odżywczy. I tyle. Choć może nie do końca chodzi tu tylko o fart, ponieważ za tymi kilkoma krokami kryły się także dobre nawyki – używałam filtrów przeciwsłonecznych, unikałam alkoholu w kosmetykach (głównie dlatego, że kiedyś w ogóle nie tonizowałam cery – zresztą sporo osób twierdzi, że tonik jest niepotrzebny), nie stosowałam ciężkiego makijażu, inwestowałam w dobrze nawilżające kremy.

Dziś moja cera ma więcej potrzeb, które pojawiły się z wiekiem, ale także są wynikiem moich poszukiwań coraz lepszej pielęgnacji. Od roku zmieniam swoje tzw. rytuały pielęgnacyjne. Zaczęłam od przejścia na metodę olejowego oczyszczania twarzy, zwanego także dwuetapowym. Potem zainteresowały mnie koreańskie rytuały. Teraz mam etap poszukiwań wśród kosmetyków naturalnych, ale nie sądzę, aby była nam pisana jakaś przyszłość (szerzej poniżej).

Nowoczesna pielęgnacja jest różnorodna i można się w niej zgubić. Już nie spotyka się kremów dostosowanych do wieku. Kobiety chcą odpowiadać na potrzeby skóry, a nie korzystać z rozwiązań dla statystycznej 30-latki. Co zatem w pielęgnacji piszczy? Jakie są trendy?

Oczyszczanie króluje

Oczyszczanie stało się dla mnie ważnym punktem. Kiedyś sądziłam, że cokolwiek zmyje moją twarz, ponieważ ma z nią tak krótki kontakt. Dziś widzę różnicę między drogeryjnym „detergentem” a lekką pianką czy balsamem do demakijażu.

W docenieniu procesu oczyszczania w pielęgnacji dużą rolę odegrały kosmetyki do makijażu. Są coraz trwalsze, scalone przez cały dzień ze skórą, a wieczorem oczekujemy, że łatwo zejdą. Niestety, sam płyn micelarny nie wystarczy. I każda z nas to przyzna, widząc rano ślady tuszu wokół oczu.

Aby umyć twarz wieczorem, potrzeba dwóch kroków: zmycia makijażu i oczyszczenia twarzy. Do pierwszego etapu dobrze nadają się olejki, balsamy, kremy do demakijażu – najprościej mówiąc, coś, co „poluzuje” i rozpuści puder, podkład, filtr SPF. Dopiero potem można przystąpić do oczyszczenia twarzy, skupić się na porach skóry etc.

Do tych dwóch etapów najlepiej stosować różne kosmetyki. Rano wystarczy użyć produktu do drugiego etapu oczyszczania, ponieważ niepotrzebne jest usuwanie makijażu, a oczyszczenie buzi z nadmiaru sebum i przygotowanie jej do makijażu.

Im lepiej dobieram swoje kosmetyki do demakijażu i oczyszczania, tym mniej produktów do makijażu potrzebuję. Kiedy pielęgnacja ma priorytet, nie ma potrzeby zakrywać skóry.

Rytuały z Dalekiego Wschodu

Maseczki w płachcie, 10 kroków koreańskiej pielęgnacji, słodkie opakowania – kosmetyki z Japonii i Korei na dobre zagościły w polskich drogeriach. Koreańskie podejście do pielęgnacji jest mi bliskie z dwóch powodów. Po pierwsze, mam cerę skłonną do przebarwień, którą chronię przed słońcem. Po drugie, lubię rozświetloną karnację, a nie matową. Azjatyckie kremy i podkłady mają wysokie filtry, np. krem BB marki Missha ma SPF 42. Który europejski krem ma tak wysoki filtr?!

Przeczytaj mój przewodnik po 10 krokach w koreańskiej pielęgnacji.

Czy kosmetyki koreańskie mogą całkowicie zapanować w naszej kosmetyczce? I tak, i nie. Koreanki dbają o swoją skórę w daleko bardziej rozszerzony sposób niż Europejki. My szukamy szybkich lub wielofunkcyjnych kosmetyków. Azjatkom nie przeszkadza mnogość kroków w pielęgnacji. Drugą różnicą jest z pewnością nasza cera. „Nie ma sensu kupować azjatyckich kosmetyków typu anti-aging, bo zmarszczki nie są największym zmartwieniem Azjatek. Zmarszczki pojawiają się u Azjatek później niż u Europejek i są mniej widoczne.” [źródło]

Czytaj skład, dziewczyno!

Coraz więcej mówi się o składnikach kosmetyków. Rosnąca świadomość konsumentek pcha je do pogłębiania swojej wiedzy z zakresu związków chemicznych stosowanych w kosmetykach. Kobiety analizują składy, a te, które nie potrafią tego zrobić samodzielnie, proszą o wsparcie na facebookowych grupach. Dziewczyny wybierają produkty, w których nie występują: alokohol (wysusza), SLS-y, SLES-y (zaburzają równowagę hydrolipidową i powodują przesuszenia), emulgatory PEG i PPG  (odpowiedzialne za podatność skóry na uszkodzenia i nadwrażliwość), konserwanty syntetyczne (np. Butylparaben może uczulać)  etc. Na celowniku często są także gliceryna czy parafina (pochodna ropy naftowej, substancja wysoce komedogenna) oraz wiele substancji o dużo trudniejszych nazwach. Ponadto pod nazwą Parfum może kryć się prawie 2500 substancji niewyszczególnionych z nazwy na opakowaniu.

To na pewno dobry kierunek, ponieważ nikt nie lubi być robiony w balona i płacić, a nadto stosować na własnej skórze, szkodliwych substancji. Jak w przypadku każdego ruchu, także i tutaj nie brakuje postaw mniej i bardziej zaangażowanych, aż do skrajnych. Ja plasuję się gdzieś pośrodku, chociaż ciekawość pchnęła mnie i na spotkanie z dziewczynami prowadzącymi PiggyPEG. Analizują one składy poszczególnych kosmetyków pod kątem zastosowania w nich różnego rodzaju składników uznanych za potencjalnie szkodliwe oraz poszukują alternatywnych rozwiązań. I chwała im za to. Ich strona na Facebooku może być kopalnią wiedzy. Jednak ja nie jestem jeszcze do końca przekonana.

Naturalne, wegańskie, organiczne i z Rosji

Ekokosmetyki mają swój czas. Naturalne pochodzenie składników jest pożądane, a producenci starają się odpowiedzieć na ten popyt dostarczając kosmetyki certyfikowane (tutaj szerzej o różnych znaczkach na opakowaniach), nietestowane na zwierzętach, bez konserwantów etc. Pojawia się wiele niszowych marek, których założyciele mają misję tworzenia kosmetyków przyjaznych ludziom i planecie. Te hasła są bardzo autentyczne i ujmują rzesze kobiet, chcących zmienić swoje kosmetyki na produkty uważane za zdrowsze.

Troska o to, co każdego dnia nakładamy na skórę, także i mnie popchnęła w stronę kosmetyków ekologicznych. Moje pierwsze produkty pozytywnie mnie zaskoczyły – o czym pisałam tutaj. Moje ogólne wrażenia po kilku miesiącach stosowania ekobalsamów do ciała, dezodorantu „bez aluminium” (czyli bez chlorowodorotlenku glinu), kremów z przewagą naturalnych składników są takie, że te kosmetyki są wymagające.

Po pierwsze, wymagają ode mnie długich poszukiwań skutecznego produktu, ponieważ częściej niż przy tradycyjnych kosmetykach zdarzają się wpadki. Roślinne ekstrakty dużo częściej powodują u mnie silne zaczerwienienie. Dla mnie jest to zbyt wysoka cena, gdyż twarz mam jedną i nie jestem gotowa na eksperymenty, po których będę się zbierać kilka miesięcy.

Po drugie, wymagają ode mnie kompromisu, ponieważ często są tępe w użyciu, nie rozcierają się łatwo, nie dają szybkich efektów – mówię oczywiście tylko o tych, które sprawdziłam. Kosmetyki mają mnie rozpieszczać, a tymczasem czuję, że muszę poświęcić moje oczekiwania dla świadomości używania ekologicznego produktu. I nie zrozum mnie źle – nie jestem nieczułą na stan środowiska egoistką. Podnoszę papierki z ulicy, piję wodę z kranu, sortuję śmieci, kupuję odpowiedzialnie, utylizuję baterie, świetlówki, leki i robię całą masę rzeczy, dzięki którym mogę o sobie powiedzieć, że dbam o środowisko. Po prostu nie wierzę w każde eko i wege na opakowaniach (nie mówię o certyfikatach).

Czy rezygnuję z ekokosmetyków? Na pewno nie całkowicie. Nadal będę zwracać uwagę na skład, ale jestem teraz dużo bardziej sceptyczna, niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Nawilżaj, nawilżaj i jeszcze raz nawilżaj

Ta podstawowa prawda nigdy się nie zdezaktualizuje. Nawilżona i dobrze odżywiona skóra jest jędrna, świetlista, nie ma siateczki powierzchownych zmarszczek spowodowanych przesuszeniem. Kosmetyczki i dermatolodzy zgodnie potwierdzają, że konsekwencje dbania o cerę w wieku 20 i 30 lat, dają efekty później. Chociaż więc nie widać jeszcze zmarszczek, właśnie teraz jest moment, aby korzystać z dobrodziejstw serum i kremu. Pilne stosowanie kremów na pewno nie jest sexy i nie ma takiego efektu „wow”, jak spektakularny makijaż, ale kropla drąży skałę i warto poświęcić czas na pielęgnację.

Kobiety daleko bardziej cenią dziś makijaż, który może im dać nieskazitelną cerę w tej chwili. Wolą jego natychmiastowy efekt od kremów, których skutki stosowania można dostrzec później, za to pozostają na dłużej. Stąd tak wiele w dzisiejszych kosmetykach przenikania się: kremy są napigmentowane jak makijaż, np. kremy BB, CC, tonujące; kosmetyki do makijażu zaś, posiadają coraz więcej właściwości pielęgnacyjnych, np. zawierają antyoksydanty, peptydy, substancje nawilżające.

Twoja pielęgnacja

Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda Twoja pielęgnacja. Które trendy Cię porwały lub jesteś na nie odporna?

Olejek do demakijażu Resibo

fot. Zalotka.pl

Marka Resibo to polski producent kosmetyków organicznych. Przebojem zdobywają sklepowe półki, choć w ofercie mają jedynie 8 kosmetyków: kremy do twarzy, pod  oczy, serum (właśnie otrzymało nagrodę Glammies 2017 magazynu Glamour), balsam do ciała, płyn micelarny i tonik oraz olejek do demakijażu. I właśnie ten ostatni kosmetyk przyciągnął mnie do Resibo, ponieważ – jak już kilka razy wspominałam i tu, i tu – olejowa metoda demakijażu twarzy mi służy.

Olejek wyróżnia się opakowaniem – kartonowy walec z pokrywką. W środku plastikowy pojemnik z pompką oraz ściereczka. Niestety, „jednorazowa”, ponieważ jest biała. Po dwóch, trzech użyciach nie udało mi się już jej doprać.

Olejek składa się niemal w całości z naturalnych składników i jest produktem wegańskim. Zawiera olej lniany, manuka, abisyński, z pestek winogron oraz z awokado. wzmocniony witaminą E ma nie tylko delikatnie usuwać makijaż – także wodoodporny – ale także pielęgnować. Największą różnicę zobaczysz rano – przy regularnym stosowaniu twarz staje się wypoczęta, świeża i naturalnie promienna – obiecuje producent. Jak jest naprawdę?

Olejek do demakijażu Resibo

fot. Zalotka.pl

Pierwsze spotkanie z olejkiem może być dziwne. Możesz nawet się zastanawiać, czy Twój produkt jest świeży. To zapach oleju lnianego. Choć w składzie olejku jest pozycja Parfum, to zdaje się nie została do końca wykorzystana. Olejek Resibo ma charakterystyczny zapaszek. Po kilku dniach przyzwyczaiłam się do niego i teraz bardzo go lubię, ale nie zdziwię się, jeżeli nie wszystkim uda się z nim polubić.

Olejek ma lekką i mocno płynną konsystencję. Można go stosować na mokrą, jak i na suchą skórę. Ja wybieram to drugie rozwiązanie, bo jest szybciej. I tu zaczyna się cała magia. Olejek rozpuszcza w kilkanaście sekund cały makijaż. Nie ma śladu po eyelinerze, tuszu do rzęs, korektorze i całej reszcie. Ostatecznym testem jest demakijaż oczu. Olejek Resibo to pierwszy z olejków, który nie pozostawia na oczach tłustego filmu, przez który na kilka chwil tracę ostrość widzenia. Rano nie ma także żadnej pandy!

Olejek usuwam przykładając ściereczkę do twarzy. Nie trę, nie ciągnę skóry. Zamiennie ze ściereczką od Resibo używam zwykłych małych ręczników do twarzy.

Demakijaż kontynuuję według koreańskiego rytuału 10 kroków lub przemywam twarz płynem micelarnym, nakładam krem pod oczy oraz na twarz i tyle.

Olejku do demakijażu mogą używać wszyscy: cery suche i tłuste. Olej rozpuszcza sebum, makijaż i usuwa brud. Nie zapycha porów i widocznie uelastycznia skórę.

Cena: 60 zł za 150 ml.

Olejek do demakijażu Resibo

fot. Zalotka.pl

fot. Pixabay.com

fot. Pixabay.com

Ten rok jest dla mnie momentem, gdy baczniej przyglądam się swojej skórze. Drugie dziecko wprowadziło w nasze życie mnóstwo uśmiechu, ale zabrało nam resztki snu wykraczające poza minimum niezbędne do egzystencji. To musiało się odbić na mojej cerze – opuchnięte oczy, poranne poduszeczki pod oczami, problemy z cerą. Oczywiście, to nie wina dziecka, że jem nieregularnie i lubię drugą lampkę wina na wieczór, ale na kogoś trzeba zrzucić – powiedzmy, ze dziecko było katalizatorem tych niekorzystnych zmian, a mnie zabrakło siły, aby się przeciwstawić tym pokusom.

Po wprowadzeniu zasad zdrowego żywienie i picia, dokonałam inspekcji swojej skóry. Codziennie to robię przed lustrem, ale zwykle się to kończy westchnieniem i oddaleniem się do obowiązków. Nadeszła jednak pora na działanie.

Resztki wczorajszego makijażu o poranku

Odkryłam, że rano mimo wieczornego demakijażu gdzieś tam mogę znaleźć resztki tuszu do rzęs, a wacik, którym przecieram twarz jest lekko beżowy. A więc niedomyty podkład.

Początkowo szukałam produktu do mycia twarzy, który będzie bardziej skuteczny od posiadanych kosmetyków, ale zamiast – zgodnie z moim minimalistycznymi przekonaniami – ograniczyć liczbę produktów, tylko ją powiększyłam.

Pielęgnacja w wersji azjatyckiej

Nie jest tajemnicą, że Azjatki mają obsesję na punkcie swojej cery. Koreanki zaś pielęgnują ją niemal z czcią. I od nich należy się uczyć. Mój wieczorny rytuał trwa dłużej niż poranne przygotowanie się do wyjścia. Rano makijaż zajmuje mi 5-7, może 10 minut. Wieczorne pielęgnowanie się trwa niemal kwadrans. Nie zostawiam go więc na ostatnią minutę przed pójściem spać.

Przeczytaj o 10 krokach koreańskiej pielęgnacji.

Co mi zajmuje tyle czasu? Dokładne oczyszczenie skóry. Rozłożyłam je na etapy.

Krok 1: demakijaż (olejek, ręcznik, żel)

Od kosmetyków do makijażu oczekujemy, że wytrwają w niezmienionej postaci na twarzy przez cały dzień. Jest jednak druga strona medalu – demakijaż i to zwykłych produktów, nie wodoodpornych, musi potrafić „rozpuścić” te składniki odpowiedzialne za integralność i trwałość podkładu do twarzy czy cieni do powiek. To „rozpuszczenie”, czyli takie poluzowanie produktu, jakby odklejenie go od twarzy powinno być jak najdelikatniejsze. Tarcie wacikiem nie wchodzi w grę jako codzienna pielęgnacja. Najlepszy jest olejek do demakijażu i następujący po nim okład z ręcznika do twarzy namoczonego w gorącej wodzie.

O stosowaniu olejku i olejowej metodzie demakijażu już pisałam. Wtedy jednak nie wiedziałam, czy zmywać ten olejek, czy nie. Teraz już wiem – zmywać, nawet przy suchej skórze. Pierwszy jest więc olejek, potem okład z gorącego ręcznika, a dopiero po nim żel do mycia twarzy, który usuwa „roztopiony”makijaż oraz olejek.

Krok 2: oczyszczenie (płyn micelarny)

Kolejny krok może się wydawać zbędny, ale on właśnie daje tę pewność i uczucie całkowitej czystości – płyn micelarny. Usuwa wszelkie pozostałości, ale ja głównie koncentruję się na oczach. Nasączone płatki kosmetyczne nakładam na powieki i lekko dociskam przy rzęsach. Jeśli wykażecie się cierpliwością, pozostałości tuszu do rzęs zejdą za jednym pociągnięciem, jak tłuszcz z brytfanny w reklamie. Drugie pociągnięcie jest potrzebne już wtedy jedynie do wyczyszczenia dolnej powieki.

Krok 3: nawilżanie (maska, serum, krem, olejek)

Teraz zaczyna się zabawa, czyli właściwa pielęgnacja. Choć dziś uważam, że każdy demakijaż – a już na pewno w takim wydaniu, jak opisany powyżej – powinien być traktowany jako pielęgnacja.

Co dalej, zależy już od potrzeb. Może być, ale nie musi maseczka nawilżająca (nakładana pędzelkiem, mmm…, co za przyjemność) lub olejek do twarzy, potem serum, a na końcu krem. Coraz częściej sięgam po kilka kropli olejku do twarzy, aby rozmasować czoło, skórę wokół żuchwy czy szyję. Nie używam obecnie żadnego kremu pod oczy, ponieważ dwa ostatnie powodowały pieczenie oczu, co było nie do wytrzymania i nigdy wcześniej mi się nie przytrafiło.

Czy to zatyka pory?

Mimo iż moja wieczorna pielęgnacja jest rozbudowana, to na tle azjatyckich jutuberek, które dodatkowo używają przeróżnych specyfików do konturowania czy wybielania twarzy oraz gadżetów do masowania, jest raczej podstawowa, choć oparta o metodę warstwowego nakładania produktów.

To pytanie musi paść – czy taka ilość kosmetyków nie powoduje zatykania porów i powstawania wyprysków? Nie, u mnie nie. Myślę, że kluczem do sukcesu nie jest tu tylko marka kosmetyków, ale także sposób ich aplikacji i przechowywania. Dbam o czyste ręce, zanim zacznę demakijaż, używam codziennie czystego ręcznika. Kosmetyki mają niewielką styczność z rękami: nakładam je na wacik, odmierzam dozę za pomocą aplikatora, wyciskam z tubki, wreszcie – nakładam szpatułką.

Same kosmetyki nie muszą oczywiście pochodzić z jednej serii, żeby nawzajem się uzupełniały. Na pewno nie sprawdzą się produkty wielozadaniowe. Mój krem do twarzy zawierza właściwie jedynie kwas hialuronowy i witaminę C – to całkowicie wystarcza. Bogatsza konsystencja i skład zaczęły mnie uczulać, co wcześniej nigdy nie miało miejsca. A więc jest w tym prostota i minimalizm, choć na pierwszy rzut oka cała ta pielęgnacja wygląda na bizantyjski przepych i przerost formy nad treścią.