Podobno 53% Polek nie ma swojego idealnego podkładu, a ponad 60% tuszu i pomadki. Jednocześnie statystyczna Polka codziennie używa 6,8 kosmetyków do makijażu. Na takie dane powoływały się prowadzące krakowskie warsztaty makijażowe z marką Lorigine. Wychodzi więc na to, że nie tylko ja jestem na wiecznych łowach. Jest nas więcej! Buszując w drogerii warto przystanąć na chwilę przed szafą Lorigine, bo mają kilka wartych uwagi produktów. Czytaj dalej

EOS balsam do ust granat i malina

Taką mam naturę, że podchodzę jak pies do jeża do odkrywania koła na nowo. Nie inaczej było z EOS-ami. Jajowate balsamy do ust zamiast sprawdzonego sztyftu? Pff. Pierwsze spotkanie z EOS-ami, to były śmierdzące i rozciapane testery w Douglasie. Odpuściłam.

Niedawno wpadłam w Rossmannie na ścianę balsamów do ust, a że moje dzieci namiętnie korzystają ze szminki ochronnej w ramach naśladowania mamy, pomyślałam, że pora na nową. I padło na balsam do ust EOS, czyli Evolution of Smooth. Moje dzieci są nim zachwycone. Ja także, chociaż mam uwagi.

Balsam jest zachwalany jako w 100% naturalny i w 95% organiczny. W składzie znajdziemy olejek jojoba, kokosowy, masło shea, wosk pszczeli (uwaga, alergicy). Uważne czytelniczki wiedzą, że nie jestem „INCI-nazi” ;-), ale staram się zwracać uwagę na skład. A ten wygląda na zupełnie dobry. Jeśli się mylę, daj mi znać w komentarzu.

EOS balsam do ust granat i malina

Stosowanie balsamu w formie jajeczka nie różni się – przynajmniej na początku – od używania tradycyjnego sztyftu do warg. Produkt ma 2-letni termin ważności od otwarcia, a jego dotychczasowa wydajność wróży, że prędzej go wyrzucę, aniżeli zużyję do momentu, gdy trzeba go będzie wygrzebywać palcami.

Balsam ma przyjemny, delikatny zapach, który szybko staje się niewyczuwalny. Jednak jego bardzo słodki, cukierkowy smak jest długo obecny na ustach. Właśnie ten smak jest dla mnie największym minusem stosowania kosmetyku – ciągle chce mi się czegoś słodkiego.

A jak oceniam jego działanie? Nigdy nie miałam tak miękkich ust. EOS pozostawia na ustach delikatną warstewkę – nie jest to ani świetlista powłoka, ani matowy nalot. Nie klei się i jest niewyczuwalny.

EOS balsam do ust granat i malina

Ani smak, ani zapach, ani nawet kolor balsamu niewiele mają wspólnego z malinami czy granatem. W składzie znajdziemy ekstrakt z liści malin oraz olejek z pestek granatu, ale gdyby ktoś podłożył mi ten kosmetyk pod nos, nie odgadłabym tego.

Opakowanie jest bardzo pomysłowe i przyciąga uwagę, choć nie jest to już taka nowość na naszym rynku. Wielkim plusem jest jakość wykonania oraz odkręcana pokrywka – nie otworzy się sam w torebce. Balsam na pewno ma we mnie swoją oddaną fankę, ale zróbcie coś z tym słodkim smakiem :-) Czy miętowy też jest taki słodki?

EOS balsam do ust granat i malina

Cena: 25 zł za 7g

Eveline ma masę nowości – są wśród nich produkty, które mnie zaskoczyły jakością. Które to? Zapraszam na szybki przegląd.

Baza pod cienie do powiek 8 w 1 Magic Stay

Wielki pozytyw! Baza jest lekka, nie obciąża powieki, nie tworzy skorupy. Jest niewyczuwalna. Aplikacja jest prosta i higieniczna – za pomocą aplikatora z gąbeczką, dobrze znanego z błyszczyków. Potem wystarczy wklepać.

Baza bardzo delikatnie wyrównuje kolor skóry na powiekach i ją matuje. Cienie na bazie rozprowadzają się bardzo gładko i ani baza, ani cień do powiek nie zbierają się w załamaniach powieki. Baza wzmacnia nieco intensywność kolorów cieni. Producent twierdzi, że także „odżywia, nawilża, ujędrnia, napina, regeneruje”. Nie robi masażu stóp ;-)

Cena: 17 zł.

Liquid Precision Eyeliner 2000 Procent

Nie noszę na co dzień tzw. jaskółki. Malowanie oka za pomocą eyelinera zaczęłam znów ćwiczyć ostatnio. Kupiłam pisak Rimmel i okazał się być do bani, ponieważ brakowało mu tuszu w trakcie rysowania kreski. Na pewno można ten problem rozwiązać poprzez zmianę sposobu trzymania pisaka, ale – heloł – ja się tu mam gimnastykować czy pisak? Odpowiedź jest jasna jak słońce.

Eyeliner Eveline jest w kałamarzu. Ma bardzo wygodne piórko, którym można narysować cienką i precyzyjną kreskę. Jest intensywnie czarny i ma matowe wykończenie. Nie rozlewa się i szybko zasycha, a przy tym jest łatwy do usunięcia przy wieczornym demakijażu. Wszelkich poprawek można dokonać za pomocą patyczka kosmetycznego zamoczonego w płynie micelarnym. Nie podrażnia oczu.

Cena: 13 zł. 

Hialuronowy płyn micelarny 3 w 1

To właściwie płyn Bioderma Sensibio za ułamek jego ceny. Skuteczny i delikatny – usuwa makijaż, tonizuje, łagodzi zaczerwienienia i nie powoduje podrażnienia oczu. Stosuję go w mojej koreańskiej pielęgnacji wieczornej, gdy przemywam twarz po oczyszczeniu jej olejkiem. Przy stosowaniu tylko płynu micelarnego do demakijażu, trzeba nieco więcej uwagi poświęcić na dokładnie zmycie tuszu do rzęs, jak przy każdym płynie micelarnym.

Cena: 20,50 zł za 400 ml. 

Tusz do rzęs Big Volume Femme

Intensywnie czarny, pogrubiający tusz, który się nie kruszy, nie odbija na powiece, ani nie rozmazuje.

Ma szczoteczkę zakończoną kulką. „Big Ball Brush o finezyjnym kształcie maczugi” – opis producenta mówi wszystko :-) Początkowo sądziłam, że to udziwnienie niczemu nie służy, ale potem okazało się, że szczoteczka jest bardzo wygodna przy malowaniu rzęs w kącikach oka. Przy malowaniu rzęs u nasady trzeba uważać, aby tusz z kulki nie odbił się na powiece, ale nie jest to jakieś wielkie utrudnienie.

Wielki plus za dozowanie tuszu na szczoteczkę – jest w sam raz i nie trzeba ocierać nadmiaru o szyjkę opakowania.

Cena: 16 zł.

Matowe pomadki Velvet Matt

Hit i „musisztomieć” ostatnich sezonów. Trend, który na dobre zagościł w naszych kosmetyczkach – matowe pomadki. Nie są to najbardziej miękkie pomadki, jakich używałam, ale łatwo się rozprowadzają i pozostawiają na ustach przyjemnie kremową warstwę. Nie wysuszają ust, mogą spokojnie przetrwać niewielki posiłek. Mają modne kolory, a ich cena zachęca do eksperymentów, zwłaszcza z burgundem i ciemną śliwką.

Cena: 16,50 zł

Cienie do powiek Quattro

Zdecydowanie nie dla mnie. Cienie są bardzo słabo napigmentowane, mocno błyszczące, nie ma w zestawie ani jednego odcienia matowego, co uważam za błąd. Nawet do wieczornego makijażu – bo tak reklamowa jest kolekcja – nie zdecydowałabym się na totalny blask.

Z serii Quattro jest jeszcze paleta brązów, róży oraz odcieni niebieskiego (komu pasują niebieskie cienie do powiek?).

Cena: 20 zł.

Puder sypki Cashmere Mat

Bardzo delikatny, satynowy puder matujący o subtelnym efekcie. Skóra jest pokryta delikatną warstewką wygładzającą, ale nie wygląda na mocno przypudrowaną. Kolor 01 Transparent jest beżowy, więc nie wybiela cery, ale dla super jasnych dziewczyn, może nieco zmieniać odcień skóry. Bardzo się polubiłam z tym pudrem i zabieram go na najbliższą imprezę weselną.

Opakowanie zawiera sitko oraz gąbeczkę z paskiem – aplikacja jest więc bardzo prosta, choć ma wszystkie minusy tego typu produktu, a więc: może stać tylko na toaletce i robi się chmurka. Czemu chmurka, skoro jest gąbeczka? Ponieważ ja uważam, że puder należy wtłoczyć a nie rozcierać po twarzy.

Cena: 32 zł.

Kremy do ciała z serii Slim Extreme 4D

Wszystkie wiemy, że krem nie zrobi za nas całej roboty i nie przemieni nas magicznie z rozmiaru 44 do 38. Tu potrzebne są: zmiana nawyków żywieniowych oraz więcej ruchu, a wszystko to w zdrowych proporcjach, żeby niczego sobie nie naciągnąć, ani nie zwichnąć.

W procesie zrzucania zbędnych kilogramów można, a nawet należy się wspomóc kosmetykami pielęgnacyjnymi, które zadbają o nawilżenie i napięcie skóry. Seria Eveline Slim Extreme ma dwa nowe kremy o ukierunkowanym działaniu. Zielony to kawowe serum wyszczuplająco drenujące o działaniu chłodzącym. Fioletowe to superskoncentrowane nocne serum antycellulitowe z efektem ultradźwięków o działaniu rozgrzewającym.

Z pewnością nie tylko ja mam wrażenie, że kogoś tu poniosła fantazja w opisie cudowności, do jakich zdolny ma być krem. Oba kremy mają działanie ujędrniające, napinające i przyzwoicie nawilżają. Niestety, nie są odżywcze.

W używaniu tych kosmetyków przeszkadza mi ich opakowanie. Są niczym banery reklamowe. Napisano na nich absolutnie wszystko.

Cena: 25 zł za 250 ml w tubie. 

Wpis powstał we współpracy z marką Eveline. 

Krótki poradnik w punktach o tym, jak kupować pomadki w sklepie, aby nie mieć kolekcji bubli.

1. Zbierz armię

Określ, co chcesz mieć. Arbuzowa szminka. Fajnie. To teraz dajesz nura w swoje skarby. Zabierasz ze sobą szminkę, która byłaby dobra, gdyby była bardziej czerwona i tę, która byłaby dobra, gdyby była mniej różowa.

2. Wkraczasz na pole bitwy

Uzbrojona w zestaw graniczny wkraczasz do sklepu. Oglądasz, dobierasz, wybierasz i nie wcierasz żadnych testerów w usta.

3. Barwy wojenne

Sprawdzasz kolory na dłoni i porównujesz ze swoim szminkami. A potem wychodzisz ze sklepu do naturalnego światła i upewniasz się, że widzisz to, co widzisz.

4. Zwycięzcą lub zwyciężonym będziesz

Czarno na białym widać, że nie trafiłaś z kolorem albo że trafiłaś w dziesiątkę. Trzeciej drogi nie ma.

5. Wracasz z tarczą

Jeśli kupiłaś, to masz nowa szminkę. Jeśli nie kupiłaś, nie masz w domu kolejnego bubla.

Gratulacje!

fot. zalotka

Jak duża jest moja kolekcja pomadek do ust? Stosunkowo niewielka, ale nie umiem jej szybko policzyć, bo pomadki i kredki do ust trzymam w torebce, w kosmetyczce, w szufladzie toaletki. Zróbmy z nimi porządek. Chodźcie, będziecie mi towarzyszyć.

To moje szminki:

fot. zalotka

Jednak jest ich więcej niż się spodziewałam. Zobaczymy, co uzbierałam, a przede wszystkim, co się sprawdza, czego używam, a z czym pora się pożegnać.

Błyszczyki

To już resztki mojej niegdyś potężnej kolekcji. Błyszczyków obecnie nie używam wcale. Są moim reliktem przeszłości, gdy szminka była dla mnie przerażającym gadżetem, którego nie umiałam nosić i bałam się tej atencji, którą dają umalowane usta. Teraz zdecydowanie wolę szminki od błyszczków.

fot. zalotka

W mojej kolekcji ostały się jeszcze tylko dwa błyszczyki od IsaDory i Pupy – oba bardzo przyjemne w użyciu. Nawilżające, nie kleją się, drobinki nie są ostre. Oczywiście kolory są półtransparentne i jedynie lekko barwią usta. Jeśli niczego nie jem i nie piję, błyszczyki ładnie się prezentują. Oba ścierają się równomiernie i niezauważenie znikają, nie pozostawiając żadnych śladów.

Pomadki w sztyfcie

To moja ulubiona obecnie forma kosmetyku do ust. Mają wygodne w użyciu nawet bez lusterka płaskie sztyfty – zupełnie jak zwyczajna pomadka ochronna.

fot. zalotka

Pierwszą taką pomadką w mojej kolekcji była szminka Astora. Niestety, z opakowania starły się wszelkie informacje, więc nie wiem, jaki to kolor. Myślę, że była to pierwsza szminka o dawna, którą zużyłam do samego końca.

Dwie szminki IsaDory okazały się być strzałem w 10. Nie pamiętam już, czy pochodziły z limitowanych kolekcji, ale zarówno bezbarwna, jak i ta w odcieniu nr 10 Lovely Lavender, są ultra nawilżające oraz mają przyjemny i delikatny zapach. Szminka kolorowa nosi się bardzo dobrze – nie zasycha, nie wchodzi w załamania warg, ściera się równomiernie i nie tworzy żadnych śladów.

Ostatnią, a zarazem najnowszą w kolekcji jest Clinique. Nie jest tak nawilżająca, jak IsaDora, ale bardzo komfortowa. jest także mocniej napigmentowana niż sztyft IsaDory. Długo i ładnie trzyma się na ustach. Aktualnie jest moją ulubioną.

Szminka w kredce

fot. zalotka

Jest tylko jedna i jeszcze jej nie strugałam, więc niewiele mogę powiedzieć o jej użytkowaniu. Matowa kredka Golden Rose to był zakup bardziej dla koloru niż dla właściwości produktu, ale pozytywnie mnie zaskoczyła. Po przygodzie z piękną matową pomadką w płynie z Golden Rose – o niej poniżej – postanowiłam dalej eksplorować tę markę. Głęboki brudny burgund nie jest kolorem na co dzień, ale kto wie, co mi strzeli do głowy.

Pomadki w płynie

Szminki bardzo na czasie. Jeśli jeszcze są matowe, to oznacza, że jestem na bieżąco z trendami. Obie moje pomadki mają wspaniałe kolory – jedna jest klasycznie różowa, druga koralowo czerwona.

fot. zalotka

Pomadka Liquid Matte Lipstisk GoldenRose jak i szminka Rouge Edition Velvet Bourjois są bardziej wymagające w użyciu. Obie potrzebują idealnie przygotowanych ust. A więc ust miękkich, po peelingu, nawilżonych. Podczas, gdy inne moje szminki pielęgnują usta, zwłaszcza szminki w sztyfcie, te jedynie je upiększają i to jeszcze pod konkretnymi warunkami. Obie pomadki mocno wchodzą w załamania zbyt suchych warg podkreślając je. Ponieważ szminki są w płynie, trudno jest je nabudować. Dodanie kolejnej warstwy nie niweluje widoku linii na ustach. Przyznam, że zimą jest mi trudno zachować nawilżone usta bez skórek. Ale kiedy mi się to wreszcie udało, efekt był bardzo ładny. Prawdopodobnie zaczekam z ich częstszym używaniem do wiosny.

Pomadka Golden Rose zasycha na ustach bardzo szybko i jest super trwała – zmyć ją można tylko olejkiem. Odporna na picie i jedzenie, pod warunkiem, że nie jest to coś tłustego. Nie czuć jej na ustach, nie tworzy skorupy, przyjemnie się ją nosi. Ma wygodny do nakładania płaski gąbkowy aplikator. Trudny do akceptacji jest dla mnie jej zapach – intensywny zapach proszku na budyń waniliowy.

Pomadka Bourjois ma inne niż Golden Rose wykończenie – jest aksamitna, zupełnie się nie klei. Na ustach jest niezwykle lekka. Natychmiast o niej zapominam. Nie jest to jednak pomadka bardzo trwała.

Pomadki klasyczne

Tu jest w końcu więcej kolorów niż brudny róż. Jest klasyczna czerwień z Pupy – noszę ją niezwykle rzadko. Moja skóra ma naturalną tendencję do czerwienienia się. Nie podoba mi się efekt, jaki osiągam, gdy do mojego codziennego makijażu dodam czerwone usta. Widzę wtedy przede wszystkim zaróżowione policzki. Do czerwone szminki zdecydowani muszę używać bardziej kryjącego podkładu, czego na co dzień nie robię.

fot. zalotka

Mam tu także nude z Golden Rose – nietrafiony kolor, bo zbyt rudy – oraz z Mary Kay – również niezbyt twarzowy odcień chłodnego różu. Jest sprezentowana mi pomadka Korres w odcieniu terakoty oraz błyszcząca pomadka Catrice, którą wyparły szminki w sztyfcie.

Co zostaje, czyli ile szminek potrzebuje kobieta

Moja kolekcja to same róże, brudne róże, ciemniejsze wiśnie i nieco czerwieni. Jest jeden odcień nude i fioletowawy burgund. Po ostrej selekcji postanowiłam pozostać przy 5 produktach: sztyftach IsaDory i Clinique, płynnych Bourjois i Golden Rose oraz ciemnej kredce także z Golden Rose.

Zostały więc pomadki codzienne, odważna czerwień i ciemny odcień na raczej wieczorne wyjścia. Wygląda na to, że potrzebuję koloru nude. W mojej ocenie właśnie takie cztery odcienie są podstawowe dla każdej z nas.

A jakie są Wasze kolekcje szminek?

Śmiało wymieniajcie w komentarzach, a gdyby któraś z Was mogła polecić ładny odcień nude, będę wdzięczna!