fot. pixabay.com

Jezu, jak się cieszę
Z tych króciutkich wskrzeszeń,
Kiedy pełną kieszeń znowu mam (…)

Kosmetyczka pęka w szwach. Posprzątałam. Zostawiłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zupełnie jak w szafie. I obiecałam sobie, że zanim coś kupię zadam sobie 5 pytań:

  1. Czy to jest mój kolor, zapach, konsystencja?
  2. Czy to jest warte swojej ceny?
    Paradoksalnie kryje się tu także pytanie, czy nie jest to zbyt tanie. Łatwo o efekt szminki.
  3. Czy mam już podobny produkt?
  4. Czy znam opinie o tym produkcie?
  5. Jak bardzo chcę to mieć?

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Odkąd pamiętam, wyrzucam rzeczy. Jeszcze w domu rodzinnym bez skrupułów wyrzucałam wszystko, co wyprodukowano przed moimi narodzinami. Jeśli ktoś z domowników nie mógł czegoś znaleźć, winą obarczano mnie, bo na pewno wyrzuciłam. Oczywiście generowało to konflikty.

Z domu rodzinnego wyprowadziłam się do pustego mieszkania bez mebli. W ciągu dwóch lat 56 metrów kwadratowych zamieniliśmy z mężem w graciarnię. Przy kolejnej przeprowadzce na swój nieco większy już metraż zweryfikowaliśmy dobra, w które uposażono nas w domach rodzinnych. Ilość mikserów, czajników i szklanek zmniejszyła się do naszych potrzeb.

Nasze mieszkanie urządzamy wspólnie i powoli od kilku lat. Przyświeca nam zasada: lepiej nie mieć, niż zdecydować się na wersję tymczasową, której cechą immanentną jest trwałość. Mimo zamiłowania do minimalizmu, niechęci do kolekcjonowania oraz braku emocjonalnego przywiązania do pamiątkowych przedmiotów, nazbieraliśmy sporo szpargałów. Wciąż coś wyrzucamy, odsprzedajemy, oddajemy. Ilość klamotów może nas nie przerasta, ale na pewno przytłacza.

Generalne porządki dotknęły już łazienkę, biblioteczkę, kuchnię. Pozostało jedno miejsce pełne niepotrzebnych rzeczy – szafa.

Podjęcie decyzji o bezwzględnej redukcji ilości ubrań ma kilka powodów:

  • nie mam się w co ubrać na co dzień
  • jeśli mam, co założyć „na górę”, nie mam pasującego „dołu” lub odwrotnie
  • moje ubrania nie pasują do stylu życia, jaki obecnie prowadzę (za dużo ubrań biurowych)
  • chcę mieć tylko ciuchy, w których wyglądam dobrze
  • miejsce w mojej szafie zajmują ubrania, które noszę bardzo rzadko lub które miałam na sobie tylko raz.

Ostra selekcja

Minimalizm i użyteczność – taka ma być moja nowa szafa. W czasie ciąży ze względu na rosnący brzuch nosiłam kilkanaście rzeczy. To udowodniło mi, że odchudzona szafa nie oznacza codziennego stawiania tego dramatycznego pytania: w co się mam ubrać?! Paradoksalnie dużo łatwiej było mi łączyć ubrania w nowe zestawy, gdy miałam ich mniej.

Ograniczenie liczby ubrań jest postulatem tzw. capsule wardrobe. Z grubsza chodzi o to, że przez sezon (czyli przez trzy miesiące) nosi się np. 37 ubrań: topów, dołów, butów i odzieży wierzchniej. Nie wlicza się do tej puli bielizny, biżuterii, torebek, akcesoriów, odzieży sportowej, kostiumów kąpielowych oraz odzieży domowej. Licza 37 nie jest oczywiście jedyną możliwą – można założyć własną. Ja zaczęłam od 37.

Z pozoru może się wydawać, że 37 sztuk odzieży to mało. Według mnie nie. Stosując się do zasad capsule wardrobe otrzymujemy spójną i odzwierciedlającą nasz styl bazę. Różnorodność zapewnią buty, torebki, akcesoria. Więcej miejsca w szafie powoduje, że naprawdę widzę, co mam, a każda rzecz jest noszona. Czy ja już więcej nie powiem „nie mam się w co ubrać”? Raczej mi to nie grozi, bo wąskim gardłem jest jeszcze pranie, suszenie a nade wszystko prasowanie, którego nie cierpię.

Capsule wardrobe, czyli odchudzamy szafę

Krok 1: wszystko ląduje na podłodze

Najpierw wyrzuciłam wszystko z szafy. Absolutnie wszystko. Ciuchy, buty, torebki, dodatki, szaliki, strój narciarski. Wszystko.

Krok 2: sortowanie

Tę wielką górę rzeczy posortowałam na dwie kupki: do noszenia, do wyrzucenia. W moim przypadku rozdrabnianie się na podkategorie w stylu „może kiedyś” albo „oddam przyjaciółce” mogłoby skończyć się ponownym umieszczeniem w szafie w chwili słabości. Wszystko, co niemodne, nienoszone, zmechacone wylądowało w koszu.

Krok 3: uzupełnianie

Teraz pora na przejrzenie ocalałych z pogromu rzeczy i stworzenie listy zakupów. Na mojej znalazły się rzeczy absolutnie podstawowe! Podkoszulki, bluzki, szorty, jeansy. Ciekawe, że mam naprawdę dużo sukienek i spódnic.

Jak kupować?

Jak uzupełnić szafę, aby z powrotem jej nie zagracić? Przede wszystkim na zakupy trzeba się wybrać jak do warzywniaka, czyli z listą. Wielu może się  to wydać kuriozalnym pomysłem, bo przecież kupuję, co mi się podoba. Mnie ta taktyka zawodzi, ponieważ na zakupach zwykle wydaje mi się, że aby rzeczy, która mi się spodobała, nie mam do czego nosić i musiałabym kupić wszystko: od bielizny po torebkę. Oczywiście kończy się to odwieszenie ubrania na wieszak.

Zapanować nad tym chaosem można wybierając paletę kolorystyczną dla swojej garderoby. Nie oznacza to noszenia tylko dwóch kolorów. W palecie są 2-3 główne kolory, które urozmaicą 2-4 akcenty kolorystyczne. Wszystko ubezpieczą 2-3 kolory neutralne.

Drugą zasadą po planowaniu jest niekupowanie ubrań w sezonie. Dokładnie tak. Kupujesz je przed sezonem lub na posezonowych wyprzedażach. A więc wyposzczona dziewczyna co trzy miesiące rusza w miasto, aby kupić tylko to, czego potrzebuje. Cha, cha, cha! Zobaczymy, czy mi się uda ;-)

Czy to mas sens?

Mam wielką potrzebę porządkowania. Nie jest to obsesja zagrażająca otoczeniu, ale przyznam, że nie znoszę nadmiaru. Minimalizm capsule wardrobe przemówił do mnie od samego początku.

Zaskoczeniem była łatwość, z jaką przyszło mi rozstanie z nienoszonymi ciuchami, z których niejeden był ze mną od czasów liceum. Przewietrzenie szafy stało się nie tylko przenośnią, co faktem – teraz moje ubrania dyndają luźno, a nie wiszą po kilka na jednym wieszaku w przepełnionej szafie.

W capsule wardrobe chodzi jeszcze o jedno – kreatywność. A paradoksalnie dużo o nią łatwiej, gdy rzeczy jest mniej. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kto nie jest mistrzynią w kompletowaniu outfitów. Dużą inspiracją jest Un-fancy – blog Caroline, która codziennie publikuje zdjęcia swoich strojów stworzonych na bazie 37 sztuk odzieży na dany sezon.

źródło: un-fancy.com

źródło: un-fancy.com

źródło: pinterest.com

źródło: pinterest.com

W zderzeniu z codziennością wiele się zmienia. Na przykład do niedawna sądziłam, że mam wysublimowane potrzeby i potrzebuję kosmetyków dedykowanych tylko sobie. Ten sam szampon na pewno nie przysłuży się w równym stopniu wszystkim mieszkańcom domu – myślałam. Zmieniłam zdanie o 180 stopni.

Wprowadziłam się na swoje, urządziłam przestrzeń wedle własnego gustu i doszłam do wniosku, że „jeden dla wszystkich” to rozwiązanie dla mnie, ponieważ:
– mam małą łazienkę i nie lubię kosmetyków na widoku*; wszystko musi być schowane w szafce i szufladach
– jestem oszczędna.

Czy na pewno potrzebuję trzech żeli pod prysznicem: dla niej, dla niego i dla dziecka? Czy cała rodzina nie może się wykąpać w jednym? Oczywiście, że może. Podobnie z pastą do zębów, pianką do włosów, żelem do oczyszczania twarzy, które dzielę z mężem. Balsam do ciała mam wspólny z córką.

Lista kosmetyków, których może używać cała rodzina nie jest może zbyt długa, ale zredukowanie choćby kilku pozycji z trzech buteleczek do jednej daje poczucie zwycięstwa nad zagarniającymi cenną przestrzeń rzeczami.

Tu pojawia się pytanie: dlaczego w ogóle kosmetyki do codziennej higieny występują w wersji dla niej i dla niego? Po to, aby zwiększyć sprzedaż. O strategii kierowania produktów do mniejszych grup klientów w zabawny sposób mówią te dwie dziewczyny:

Idąc dalej tym tropem dochodzimy do konstatacji: kosmetyki dla mężczyzn są tańsze niż kosmetyki dla kobiet. W niewielu przypadkach ta wiedza może się przydać w praktyce, bo co mi po męskich kremach do twarzy. Można zaoszczędzić na jednorazowych maszynkach do golenia. I chyba tylko na tym.

Przeczytaj: „9 lifehacków, które powinnaś znać”

* Kiedy projektowałam swoją łazienkę, każdej napotkanej w sklepie osobie zadawałam jedno pytanie: gdzie w tej pięknie sfotografowanej wizualizacji mam trzymać żel pod prysznic, szampon, odżywkę, żel do twarzy etc.? Rezolutna pani architekt odpowiedziała, żeby buteleczki stały w brodziku, a jak sobie będę chciała sfotografować łazienkę, to muszę usunąć wszystkie produkty.

Sprawianie sobie przyjemności może czasem przerastać realne potrzeby. Jeśli kupujesz kosmetyki, których nie potrzebujesz, tutaj znajdziesz kilka rad, jak temu zapobiec.

Kupowanie kosmetyków, bo są modne, nie jest w ogóle wytłumaczeniem. Jeśli masz w kosmetyczce cienie, w których wyglądasz jak pobita albo chronicznie niewyspana, to oddaj je komuś, kogo urodę podkreślą.

Niedomykająca się kosmetyczka albo zapasy błyszczyków nie są oznaką dbania o siebie. Lepiej mieć mniej, a lepszej jakości. Łatwo napisać, trudniej zrobić.

Od czego zacząć? Czytaj dalej