Fast fashion wkurza mnie na wielu poziomach. Przede wszystkim etycznym w ujęciu globalnym (wyzysk ludzi, przyczynianie się do wzrostu zanieczyszczenia, produkowanie ubrań słabej jakości, których nie da się ponownie wykorzystać), ale także zupełnie osobistym. Irytuje mnie koszt, jaki dla mnie generuje szybka moda. I nie mówię o pieniądzach, ale o czasie i wysiłku, jaki wkładam w znalezienie czegoś do ubrania.

Pójście do sklepu, przymiarki, nawet zakupy online – to wszystko zajęło mnie na trochę, zwłaszcza, że rozmiar na metce to jest jakaś liczba wzięta z powietrza. Chciałabym w zamian za zakupowy wysiłek otrzymać nagrodę w postaci ubrania na choć kilka sezonów. Niestety, fast fashion to często zmechacona na biuście po 3 wyjściach sukienka, spódnica bez podszewki i fatalnie uszyte marynarki.

Fast fashion mierzi, ale jest na wyciągnięcie ręki – tak, jeśli o dostępność chodzi, jak i o cenę. Czy w świecie kosmetyków, gdzie premiera goni premierę, nie mamy przypadkiem do czynienia z tzw. fast beauty? I co to dokładnie oznacza dla naszych kosmetyczek.

Wczoraj widziałam, dziś mam

Fast beauty to marki, które ekspresowo reagują na potrzeby i mody wśród klientek. Ich niebywałą zaletą jest fakt, że nie wymagają wydawania fortuny jak w przypadku kosmetyków luksusowych. Kiedyś trzeba było czasu, by doczekać się na produkty inspirowane czy ordynarne kopie dobrze sprzedających się perfum czy cieni do powiek. Teraz marki ze średniej i niskiej półki cenowej reagują błyskawicznie i to pomimo, że muszą poddać swoje kosmetyki testom.

Idą nawet krok dalej i samodzielnie kreują trendy, nie oglądając się na zasiedziałych na kosmetycznym rynku gigantów.

Łatwa dostępność jest wielkim plusem szybko rotujących kosmetyków: perfum, cieni do powiek, szminek, tuszy do rzęs. Mniejsze, ale szybsze w działaniu firmy mogą złapać wiatr w żagle, jeśli uda im się przewidzieć nastroje klientek i na nie odpowiedzieć. Cena również robi swoje.

Umarł trend, niech żyje trend

Szybkie wrzucanie na rynek nowości ma jednak swoją drugą twarz. MAC ma kilkanaście kolekcji w ciągu roku. Jeśli znajdę wśród nich ulubieńca, nie mam większych szans na powtórny zakup.

Kiedyś trendy trwały 5, nawet 10 lat. Dziś można mówić o długo utrzymującej się modzie, jeśli jest na topie przez 24 miesiące.

Gdy Kylie Jenner wypuściła na rynek swoje matowe pomadki płynne wraz z konturówkami, zestawy sprzedały się na pniu. Kilka razy. Podobnie było, gdy Kim Kardashian West zaprezentowała swój zestaw do konturowania – dość drogie produkty zważywszy na ilość kosmetyku, jaką otrzymuje klient. Nie przeszkodziło to jednak w bardzo dobrych wynikach sprzedaży. Podobnie sprawa wygląda z paletkami cieni do powiek, kremami, modnymi i znanymi z Instagrama kosmetykami.

Trendy żądzą już nie tylko kolorem paznokci na sezon, czy kształtem brwi – te z kolei pozostają z nami przez kilka sezonów, ale także pielęgnacją cery. Koreańska pielęgnacja i światowy zachwyt  nad nią są tego najlepszym przykładem. Ciekawostką jest, że według danych koreańskiego urzędu celnego w 2016 roku eksport kosmetyków z Korei wzrósł o o 44% w stosunku do roku 2015.

Nie tak szybko

Podążanie za modą jest daleko bardziej widoczne w świecie, którym rządzą Zara i H&M. Zdecydowanie mniej jest chętnych do eksperymentowania z cerą i kosmetykami do ciała, aniżeli z ubraniami. Jeżeli kosmetyki się sprawdzają, sporo klientek trzyma się swoich pewniaków, zamiast inwestować w nowości.

Ta zasada zdaje się jednak nie dotyczyć młodszych konsumentek, np. millenialsów. To z myślą o nich wielkie koncerny kupują sexy marki, np. firma Estee Lauder kupiła Too Faced, a L’Oreal – NYX.

Nie stać mnie na buble

Bez względu na to, czy jesteś lojalną klientką sprawdzonych marek czy nienasyconą poszukiwaczką wciąż nowych trendów i małych firm kosmetycznych, jedno powinnyśmy mieć zawsze na uwadze: bezpieczeństwo. Fast fashion to masowa produkcja niskiej jakości, by odpowiedzieć na potrzeby rynku. Fast beauty to dokładnie to samo.

Jestem sceptyczna, jeśli chodzi o kosmetyki do pielęgnacji. Wącham, niucham i podchodzę do nowości jak pies do jeża. Nie przekonują mnie entuzjastyczne recenzje, czytam skład i analizuję, czy produkt może być przydatny w mojej pielęgnacji. Nie upieram się, że to podejście jest jedynym właściwym, ale ostrożność nie zawadzi.

Czy nam się to podoba czy nie, żyjemy już w świecie fast beauty.

Zdjęcie: Jamie Street

W ofercie Sephory znajduje się nawet 17 tys. produktów. Polski sklep online ma ich 5 525*. Polski Douglas ma 7 079 produktów online**. Do tego dochodzą oferty drogerii sieciowych, internetowych, firmy niszowe oraz te wszystkie modne musisztomiecie, których jeszcze nie ma w Polsce. Zakup nowego kosmetyku sprawia radość, ale w tej powodzi nowości można poczuć się zagubionym. I ja się właśnie tak poczułam – zniechęcona. Postanowiłam nie kupować. Niczego. Przez miesiąc.

Nie mam problemu z kupowaniem. Nie lubię tzw. hauli zakupowych dość powszechnych w blogosferze. Umiem podejmować decyzje, przejść obok promocji, mam swoje strategie zakupowe. Wiem, co lubię i mniej więcej w czym mi ładnie. Mierzi mnie, że ktoś wciska w paletę cztery korektory, z czego trzy nie nadają się do mojej skóry (i każdej innej konsumentki). Mam kłopot z mnogością. Gubię się w gąszczu innowacyjnych kremów i ładnych cieni do powiek. Nie wiem, co warte jest mojej uwagi i zachodu, aby stać się posiadaczką tego rozchwytywanego i wyprzedanego produktu, a co ma tylko krzykliwe opakowanie, za którym nie stoi nic ciekawego. A najgorsze, że nie da się takich decyzji podjąć bazując tylko i wyłącznie na konkretach. Kiedy chcę mieć czerwone usta, to nie znaczy, że wystarczy mi czerwona szminka. Chciałabym ładną szminkę, dobrą szminkę, nową szminkę. I tu pojawia się pożądanie.

Zaczynam szperać. Choć czuję się onieśmielona ilością czerwonych szminek, po kilkunastu minutach mam już 4 kandydatki do zakupu. Wszystkie są piękne, drogie i ogromne – na pewno nie zużyję ich przez rok. Nie jestem odosobniona. Dla takich jak ja wkrótce doradcą urodowym zostanie bot. Wystarczy go zapytać o czerwoną szminkę poniżej 80 zł, a bot dokona selekcji i pokaże listę produktów spełniających moje kryteria. Wszystko, by namówić mnie do kolejnego zakupu.

Tu powstaje potrzeba szczerej rady. Sama sobie doradziłam – nie kupuj. Przez miesiąc. Bądź trendy i nie konsumuj.

Przez miesiąc nie kupowałam niczego. Czy czegoś mi zabrakło? Dezodorant się skończył. Ale w kosmetyczce na basen miałam wersję podróżną. Zużyłam.

Czuję się dobrze.

Jak wyglądają Twoje zakupy? Gubisz się czy odnajdujesz jak ryba w wodzie?

Zdjęcie: Oli Dale, Unsplash.

*Po zsumowaniu produktów w kategoriach: zapachy – 731, pielęgnacja twarzy – 1 385, ciało & kąpiel – 506, mężczyzna – 513, włosy – 248, akcesoria – 365; stan na 18 lipca 2017.

**Suma produktów w kategoriach: perfumy – 1 064, pielęgnacja – 2 829, makijaż – 2 670, włosy – 360, akcesoria – 156; stan na 18 lipca 2017.

Balsam do ciała – wciąż nie znalazłam mojego ulubieńca. Właściwie nie dziwię się, skoro oba balsamy, którym poświęcam dzisiejszy wpis, kupiłam impulsywnie. Jeden, bo chciałam coś wygodnego do stosowania w pośpiechu; drugi, bo chciałam coś bliżej natury, tak modnej obecnie w kosmetycznym światku. Łączy je to, że oba mają w składzie masło kakaowe. Czytaj dalej