Eveline ma masę nowości – są wśród nich produkty, które mnie zaskoczyły jakością. Które to? Zapraszam na szybki przegląd.

Baza pod cienie do powiek 8 w 1 Magic Stay

Wielki pozytyw! Baza jest lekka, nie obciąża powieki, nie tworzy skorupy. Jest niewyczuwalna. Aplikacja jest prosta i higieniczna – za pomocą aplikatora z gąbeczką, dobrze znanego z błyszczyków. Potem wystarczy wklepać.

Baza bardzo delikatnie wyrównuje kolor skóry na powiekach i ją matuje. Cienie na bazie rozprowadzają się bardzo gładko i ani baza, ani cień do powiek nie zbierają się w załamaniach powieki. Baza wzmacnia nieco intensywność kolorów cieni. Producent twierdzi, że także “odżywia, nawilża, ujędrnia, napina, regeneruje”. Nie robi masażu stóp ;-)

Cena: 17 zł.

Liquid Precision Eyeliner 2000 Procent

Nie noszę na co dzień tzw. jaskółki. Malowanie oka za pomocą eyelinera zaczęłam znów ćwiczyć ostatnio. Kupiłam pisak Rimmel i okazał się być do bani, ponieważ brakowało mu tuszu w trakcie rysowania kreski. Na pewno można ten problem rozwiązać poprzez zmianę sposobu trzymania pisaka, ale – heloł – ja się tu mam gimnastykować czy pisak? Odpowiedź jest jasna jak słońce.

Eyeliner Eveline jest w kałamarzu. Ma bardzo wygodne piórko, którym można narysować cienką i precyzyjną kreskę. Jest intensywnie czarny i ma matowe wykończenie. Nie rozlewa się i szybko zasycha, a przy tym jest łatwy do usunięcia przy wieczornym demakijażu. Wszelkich poprawek można dokonać za pomocą patyczka kosmetycznego zamoczonego w płynie micelarnym. Nie podrażnia oczu.

Cena: 13 zł. 

Hialuronowy płyn micelarny 3 w 1

To właściwie płyn Bioderma Sensibio za ułamek jego ceny. Skuteczny i delikatny – usuwa makijaż, tonizuje, łagodzi zaczerwienienia i nie powoduje podrażnienia oczu. Stosuję go w mojej koreańskiej pielęgnacji wieczornej, gdy przemywam twarz po oczyszczeniu jej olejkiem. Przy stosowaniu tylko płynu micelarnego do demakijażu, trzeba nieco więcej uwagi poświęcić na dokładnie zmycie tuszu do rzęs, jak przy każdym płynie micelarnym.

Cena: 20,50 zł za 400 ml. 

Tusz do rzęs Big Volume Femme

Intensywnie czarny, pogrubiający tusz, który się nie kruszy, nie odbija na powiece, ani nie rozmazuje.

Ma szczoteczkę zakończoną kulką. “Big Ball Brush o finezyjnym kształcie maczugi” – opis producenta mówi wszystko :-) Początkowo sądziłam, że to udziwnienie niczemu nie służy, ale potem okazało się, że szczoteczka jest bardzo wygodna przy malowaniu rzęs w kącikach oka. Przy malowaniu rzęs u nasady trzeba uważać, aby tusz z kulki nie odbił się na powiece, ale nie jest to jakieś wielkie utrudnienie.

Wielki plus za dozowanie tuszu na szczoteczkę – jest w sam raz i nie trzeba ocierać nadmiaru o szyjkę opakowania.

Cena: 16 zł.

Matowe pomadki Velvet Matt

Hit i “musisztomieć” ostatnich sezonów. Trend, który na dobre zagościł w naszych kosmetyczkach – matowe pomadki. Nie są to najbardziej miękkie pomadki, jakich używałam, ale łatwo się rozprowadzają i pozostawiają na ustach przyjemnie kremową warstwę. Nie wysuszają ust, mogą spokojnie przetrwać niewielki posiłek. Mają modne kolory, a ich cena zachęca do eksperymentów, zwłaszcza z burgundem i ciemną śliwką.

Cena: 16,50 zł

Cienie do powiek Quattro

Zdecydowanie nie dla mnie. Cienie są bardzo słabo napigmentowane, mocno błyszczące, nie ma w zestawie ani jednego odcienia matowego, co uważam za błąd. Nawet do wieczornego makijażu – bo tak reklamowa jest kolekcja – nie zdecydowałabym się na totalny blask.

Z serii Quattro jest jeszcze paleta brązów, róży oraz odcieni niebieskiego (komu pasują niebieskie cienie do powiek?).

Cena: 20 zł.

Puder sypki Cashmere Mat

Bardzo delikatny, satynowy puder matujący o subtelnym efekcie. Skóra jest pokryta delikatną warstewką wygładzającą, ale nie wygląda na mocno przypudrowaną. Kolor 01 Transparent jest beżowy, więc nie wybiela cery, ale dla super jasnych dziewczyn, może nieco zmieniać odcień skóry. Bardzo się polubiłam z tym pudrem i zabieram go na najbliższą imprezę weselną.

Opakowanie zawiera sitko oraz gąbeczkę z paskiem – aplikacja jest więc bardzo prosta, choć ma wszystkie minusy tego typu produktu, a więc: może stać tylko na toaletce i robi się chmurka. Czemu chmurka, skoro jest gąbeczka? Ponieważ ja uważam, że puder należy wtłoczyć a nie rozcierać po twarzy.

Cena: 32 zł.

Kremy do ciała z serii Slim Extreme 4D

Wszystkie wiemy, że krem nie zrobi za nas całej roboty i nie przemieni nas magicznie z rozmiaru 44 do 38. Tu potrzebne są: zmiana nawyków żywieniowych oraz więcej ruchu, a wszystko to w zdrowych proporcjach, żeby niczego sobie nie naciągnąć, ani nie zwichnąć.

W procesie zrzucania zbędnych kilogramów można, a nawet należy się wspomóc kosmetykami pielęgnacyjnymi, które zadbają o nawilżenie i napięcie skóry. Seria Eveline Slim Extreme ma dwa nowe kremy o ukierunkowanym działaniu. Zielony to kawowe serum wyszczuplająco drenujące o działaniu chłodzącym. Fioletowe to superskoncentrowane nocne serum antycellulitowe z efektem ultradźwięków o działaniu rozgrzewającym.

Z pewnością nie tylko ja mam wrażenie, że kogoś tu poniosła fantazja w opisie cudowności, do jakich zdolny ma być krem. Oba kremy mają działanie ujędrniające, napinające i przyzwoicie nawilżają. Niestety, nie są odżywcze.

W używaniu tych kosmetyków przeszkadza mi ich opakowanie. Są niczym banery reklamowe. Napisano na nich absolutnie wszystko.

Cena: 25 zł za 250 ml w tubie. 

Wpis powstał we współpracy z marką Eveline. 

Ekologiczne, wegańskie, z dopracowanym składem – takich kosmetyków jest coraz więcej. Stają się łatwo dostępne, ponieważ pojawiają się w ofercie wielu sklepów oraz ich cena nie zawsze jest wygórowana. Sporo polskich marek stawia na “czyste” składniki, które nie są niebezpieczne dla naszej skóry. Wkraczam w ten świat. Zapraszam Cię na przegląd moich pierwszych ekokosmetyków.

Polub moją stronę na Facebooku, a nie przegapisz nowych wpisów!

Woda różana zamiast toniku

Woda różana jest hydrolatem, a więc wodą kwiatową, zwaną również roślinną. Hydrolaty otrzymuje się często jako produkt uboczny w procesie destylacji. Mogą występować w różnych wersjach – stężone stanowią półprodukty dla kremów własnego wyrobu, ale niektóre z nich można stosować bezpośrednio na skórę. Zawierają zaledwie max. 0,5% olejków roślinnych. I to właśnie czyni z hydrolatów pożyteczny kosmetyk.

Woda różana jest właśnie takim hydrolatem, otrzymywanym w procesie destylacji róży damasceńskiej (odmiana szczególnie ceniona przy produkcji perfum). Woda różana ma działanie kojące, nawilżające oraz tonujące. Nadaje się zwłaszcza dla cer wrażliwych i naczynkowych, które odpowiadają rumieńcem na zbyt mocną pielęgnację. Jest szczególnie polecana w pielęgnacji suchej skóry. “Regeneruje zmęczoną i dojrzałą cerę (…). Głęboko oczyszcza, zmniejszając zmiany trądzikowe, a także rozjaśnia cerę. Uelastycznia naskórek, widocznie wygładza (…)” – czytamy w opisie producenta.

Make Me Bio woda różana

Jak stosować wodę różaną? Można nią spryskać twarz po oczyszczeniu, przed nałożeniem podkładu lub w dowolnym momencie dnia. Hydrolaty można nakładać za pomocą wacika, jak zwyczajny tonik do twarzy. Warto odczekać chwilę zanim usunie się nadmiar za pomocą płatków kosmetycznych. Wodę różaną można także stosować na włosy, aby je zregenerować i uelastycznić.

Zanim zdecydujesz się na zakup hydrolatu, pamiętaj, że mają one dość intensywne zapachy. Gdy stosuję moją wodę różaną, mąż mówi, że pachnę jak nadzienie z pączków. Dla mnie zapach był irytujący na początku przygody z hydrolatem, ale teraz jest przeze mnie tolerowany.

Jeżeli chcesz spróbować hydrolatów, możesz zacząć od wody różanej lub od wody z oczaru wirginijskiego, jeżeli masz cerę tłustą, z widocznymi porami.

Pamiętać należy jeszcze o jednym – kosmetyki naturalne mają krótszą datę przydatności niż kosmetyki, do których przywykłyśmy do tej pory.

Cena: 16 zł za 100 ml w sprayu.

Krem pod oczy z witaminą E i ekstraktem z ogórka Make Me Bio

Krem dostałam od mojej przyjaciółki, Karoliny. To jest świetnie nawilżający balsam pod oczy. Wygładza drobne zmarszczki i napina skórę. Jest wydajny – wystarczy pół pompki, aby posmarować skórę wokół oczu.

Make Me Bio krem pod oczy z witaminą E i ekstraktem z ogórka

Co zawiera? Masło shea, olejek z orzechów makadamia, witaminę E oraz ekstrakt z ogórka. Prosty, skuteczny, zadaniowy kosmetyk bez kosmicznych technologii – robi, co do niego należy. Oparty o znane właściwości regenerujące, ujędrniające, antyoksydacyjne powszechnych składników. Czegóż chcieć więcej?

Ma konsystencję lekkiego kremu oraz ledwie wyczuwalny lekko ziołowy zapach, który szybko się ulatnia. Stosuję go rano pod makijaż oraz przy wieczornej pielęgnacji.

Cena: 39 zł za 15 ml w pompce.

Wzmacniające serum do twarzy Vianek dla skóry naczyniowej

Serum dla cery zaczerwienionej, wrażliwej, naczynkowej. Ma konsystencję ultra lekkiej emulsji, niemal wodnistą. Zawiera zielony pigment. Serum ma silny ziołowy zapach, który przeszkadzał mi na początku.

Wzmacniające serum do twarzy Vianek

Co zawiera? Przede wszystkim składniki mające za zadanie uszczelnić ścianki naczyń krwionośnych. Są tu ekstrakty z borówki, czarnego bzu i kasztanowca, a więc często spotykane w produktach dla cer naczynkowych. Aktywnym składnikiem serum jest azeloglicyna w stężeniu 3%, która jest odpowiedzialna za rozjaśnienie cery.

Od 3 tygodni regularnie stosuję serum wieczorem, czasem rano. Uzupełniam je kremem na noc Tołpa dla cery naczynkowej. Widocznie zmniejszyły się moje rumieńce i zdecydowanie zawdzięczam to serum, a nie kremowi. Serum nie ma spektakularnego, natychmiastowego działania, ale kropla drąży skałę i po kilku dniach widać pierwsze efekty w postaci rozjaśnionej cery.

Serum jest opisane jako silnie nawilżające, ale to określenie sporo na wyrost. Przy mojej cerze, żądnej ciągłego nawilżenia, oceniam serum jako produkt jedynie komfortowy, ale na pewno nie jako silnie nawilżający.

Cena: 39 zł za 15 ml w pompce.

Jakich ekokosmetyków używasz?

Co sądzisz o ekologicznych kosmetykach? Czy zwracasz uwagę na skład? Umiesz go analizować? Bardzo chętnie poznam Twoje ekokosmetyki. Co polecasz? Nie zapomnij wspomnieć, jaką masz cerę, aby Twój komentarz był przydatny dla innych.

Regenerum regeneracyjne serum do twarzy

fot. Zalotka.pl

Regeneracyjne serum do twarzy to najnowszy produkt w ofercie Regenerum, czyli kosmetyków zadaniowych, skupionych na odbudowie i odżywieniu. Nie inaczej jest w przypadku serum, które ma za zadania silnie odżywić skórę, wspomóc ją w procesie odnowy oraz wygładzić.

Jak działa serum? Zawarte w nim peptydy matrykinowe przyspieszają odnowę tkankową skóry, pobudzając komórki do produkcji kolagenu. Ekstrakt z nasion soi ma działanie silnie nawilżające, stąd serum polecane jest do bardzo suchych cer, ale nie tylko. Z zapewnień producenta wynika, że serum wyrównuje koloryt, zmniejsza widoczność linii mimicznych i porów oraz “pozostawia skórę jedwabiście gładką i miękką”. Kosmetyk jest wszechstronny i może być stosowany jako kuracja lub jako pielęgnacja na co dzień.

Serum jest opakowane w tubę z dozownikiem w pompce – bardzo higienicznie  i estetycznie, co ja doceniam. Ma delikatny, lekko ziołowy zapach, który szybko się ulatania i nie jest wyczuwalny.

Regenerum regeneracyjne serum do twarzy

fot. Zalotka.pl

Już przy pierwszym użyciu, widać, że serum Regenerum nie jest klasycznym produktem tego typu. Ma kremową i gęstą konsystencję, a nie wodnistą i lekką, jak to przeważnie spotykamy. Kosmetyk tworzy na skórze lekki, niewyczuwalny film, który matuje skórę. Działanie nawilżające jest odczuwalne od razu i uczucie komfortu trwa przez cały dzień. Formuła produktu jest bogata, ale nie tłusta. Nie jest też “elastyczna” – serum wchłania się natychmiast i nie daje się rozprowadzić na całą twarz przez rozcieranie od środka buzi. Trzeba je nakładać punktowo i wklepywać.

Jeśli chodzi o obietnice optycznego wygładzenia i zmniejszenia widoczności linii mimicznych – na pewno je spełnia w takim zakresie, w jakim może to zrobić każdy dobrze nawilżający kosmetyk. Moją buzię traktuję dobrze, więc gdy włączyłam do pielęgnacji serum Regenerum, nie była ani odwodniona, ani przesuszona. Nie było tu więc pola do spektakularnych popisów. Na pewno poczułam lekkie napięcie skóry, wygładzenie i bardzo dobre odżywienie.

Dla mnie serum sprawdza się idealnie jako 2 w 1: łączy krem do twarzy i filtr, ponieważ serum ma SPF 15. Matowe wykończenie czyni z serum idealną bazę pod makijaż. Używając serum omijam jednak okolice oczu – tu stosuję krem o lżejszej formule.

Cena: 27 zł za 50 ml

Wpis powstał we współpracy z marką Regenerum. 

Regenerum regeneracyjne serum do twarzy

fot. Zalotka.pl

Olejek do demakijażu Resibo

fot. Zalotka.pl

Marka Resibo to polski producent kosmetyków organicznych. Przebojem zdobywają sklepowe półki, choć w ofercie mają jedynie 8 kosmetyków: kremy do twarzy, pod  oczy, serum (właśnie otrzymało nagrodę Glammies 2017 magazynu Glamour), balsam do ciała, płyn micelarny i tonik oraz olejek do demakijażu. I właśnie ten ostatni kosmetyk przyciągnął mnie do Resibo, ponieważ – jak już kilka razy wspominałam i tu, i tu – olejowa metoda demakijażu twarzy mi służy.

Olejek wyróżnia się opakowaniem – kartonowy walec z pokrywką. W środku plastikowy pojemnik z pompką oraz ściereczka. Niestety, “jednorazowa”, ponieważ jest biała. Po dwóch, trzech użyciach nie udało mi się już jej doprać.

Olejek składa się niemal w całości z naturalnych składników i jest produktem wegańskim. Zawiera olej lniany, manuka, abisyński, z pestek winogron oraz z awokado. wzmocniony witaminą E ma nie tylko delikatnie usuwać makijaż – także wodoodporny – ale także pielęgnować. Największą różnicę zobaczysz rano – przy regularnym stosowaniu twarz staje się wypoczęta, świeża i naturalnie promienna – obiecuje producent. Jak jest naprawdę?

Olejek do demakijażu Resibo

fot. Zalotka.pl

Pierwsze spotkanie z olejkiem może być dziwne. Możesz nawet się zastanawiać, czy Twój produkt jest świeży. To zapach oleju lnianego. Choć w składzie olejku jest pozycja Parfum, to zdaje się nie została do końca wykorzystana. Olejek Resibo ma charakterystyczny zapaszek. Po kilku dniach przyzwyczaiłam się do niego i teraz bardzo go lubię, ale nie zdziwię się, jeżeli nie wszystkim uda się z nim polubić.

Olejek ma lekką i mocno płynną konsystencję. Można go stosować na mokrą, jak i na suchą skórę. Ja wybieram to drugie rozwiązanie, bo jest szybciej. I tu zaczyna się cała magia. Olejek rozpuszcza w kilkanaście sekund cały makijaż. Nie ma śladu po eyelinerze, tuszu do rzęs, korektorze i całej reszcie. Ostatecznym testem jest demakijaż oczu. Olejek Resibo to pierwszy z olejków, który nie pozostawia na oczach tłustego filmu, przez który na kilka chwil tracę ostrość widzenia. Rano nie ma także żadnej pandy!

Olejek usuwam przykładając ściereczkę do twarzy. Nie trę, nie ciągnę skóry. Zamiennie ze ściereczką od Resibo używam zwykłych małych ręczników do twarzy.

Demakijaż kontynuuję według koreańskiego rytuału 10 kroków lub przemywam twarz płynem micelarnym, nakładam krem pod oczy oraz na twarz i tyle.

Olejku do demakijażu mogą używać wszyscy: cery suche i tłuste. Olej rozpuszcza sebum, makijaż i usuwa brud. Nie zapycha porów i widocznie uelastycznia skórę.

Cena: 60 zł za 150 ml.

Olejek do demakijażu Resibo

fot. Zalotka.pl

Koreański rytuał pielęgnacji

fot. Zalotka.pl

Koreanki mają promienne, jasne cery, które nie zdradzają ich wieku. Na tym punkcie kobiety Zachodu oszalały, a książki typu “Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho robią furorę. Książki – wstyd przyznać – jeszcze nie czytałam, a podstawy koreańskiej pielęgnacji poznałam z innych źródeł.  Z zaskoczeniem odkryłam, że moja pielęgnacja, która półtora roku temu przeszła ogromną transformację, jest w zasadzie zgodna z wytycznymi koreańskiego rytuału oczyszczania. Na czym to polega?

Koreanki korzystają z 6-10 produktów pielęgnacyjnych. Ich cera jest świetlista, promienna, nigdy matowa. Jest nawet na to specjalne określenie: chok chok, czyli błyszcząca, wilgotna skóra. Dla mnie to nie jest nowość – nie korzystam na co dzień z pudru, nie maluję twarzy kryjącym podkładem, czerpię radość z dobrej kondycji mojej skóry i braku potrzeby “robienia się” co rano. Mój makijaż może zamknąć się w kilku produktach: korektor, tusz do rzęs, bronzer, pomadka. Nie muszę dodawać, że nie jestem fanką konturowania – ale to wpis na inną okazję.

Koreanki dobierają kosmetyki do kondycji i problemów cery, a nie do wieku. Gdy byłam nastolatką, wszystkie kremy były podzielone na kategorie wiekowe – takie kamienie milowe dla kobiet. Dziś już niewiele firm dokłada na opakowaniu informację o sugerowanym wieku konsumentki. To podejście jest na pewno dużo bardziej logiczne, ponieważ potrzeby skóry w konkretnym wieku nie są identyczne.

W skupieniu na stanie skóry najważniejszym krokiem jest oczyszczanie. Ten wieloetapowy proces – od kosmetyków o najlżejszej konsystencji do tych bogatszych – jest kluczem do osiągnięcia pożądanego efektu. To oraz unikanie słońca, które dla nas jest dziwactwem.

10 kroków w koreańskiej pielęgnacji

Rozbudowany koreański rytuał składa się z następujących kroków:

Krok pierwszy: demakijaż olejkiem

Olejki w demakijażu mają swój czas. Jeżeli nie słyszałaś o olejowej metodzie demakijażu albo unikasz olejków, ponieważ masz tłustą skórę, powinnaś dać im szansę. Oleje bardzo dokładnie zmywają makijaż, sebum i brud z całego dnia. Od kosmetyków do makijażu wymagamy trwałości przez cały dzień i niezmiennej formy, a takie kosmetyki najdelikatniej usuwają właśnie olejki, które luzują i rozpuszczają makijaż.

Krok drugi: kosmetyk myjący na bazie wody

Żel lub pianka, która zmyje z twarzy pozostałości olejku i da poczucie oczyszczonej do gruntu cery, gotowej na przyjęcie kolejnych kosmetyków.

Krok trzeci: bardzo delikatny peeling

Codzienne złuszczanie powoduje lepsze wchłanianie kosmetyków,  ale odsłonięta skóra jest bardziej wrażliwa na czynniki zewnętrzne. Stąd ostatnim krokiem jest ochrona w postaci kremu z filtrem.

Krok czwarty: tonizacja

Kiedyś krok całkowicie przeze mnie pomijany. Dziś już wiem, że jest ważny, bo przywraca skórze równowagę.

Krok piąty: kuracja w postaci esencji

To wciąż niezgłębiony przeze mnie fragment pielęgnacji, ale mam już na oku kosmetyk, który pomógłby uporać się z zaczerwienieniem mojej skóry. Koreanki stosują esencje, czyli wodniste kosmetyki ze składnikami aktywnymi skierowane do walki z konkretnym problemem: zmarszczki, czerwienienie się,  przebarwienia, wypryski.

Krok szósty: pielęgnacja kierunkowa w postaci serum

To bardzo indywidualny etap. Zależy od potrzeb skóry, które się zmieniają, od jej kondycji. Najczęściej w tym punkcie stosuje się serum.

Krok siódmy: maseczka

Koreańskie maseczki w płachtach przebojem zdobyły nasze kosmetyczki. Używałam kilku i podobało mi się tak sobie. Maseczki w płachcie nie są intensywne, ale w codziennej pielęgnacji mogą się sprawdzić.

Krok ósmy: krem pod oczy

Tego kroku nikomu nie trzeba przedstawiać. Ostatnio pisałam o moich ulubionych kremach pod oczy.

Krok dziewiąty: nawilżanie w postaci kremu

To także doskonale znany każdej z nas etap. Nawilżanie jest podstawą, a zarazem zwieńczeniem codziennej pielęgnacji.

Krok dziesiąty: ochrona przeciwsłoneczna

Koreanki obsesyjnie wręcz unikają słońca. Ja nie jestem tak zasadnicza, ale stosuję kremy z filtrem przez cały rok.

Koreańska pielęgnacja po polsku – moja interpretacja

Docierają do nas kolejne koreańskie produkty (np. niedawno pisałam o makaronikach z It’s Skin), ale na pewno nie wszystkie upowszechniają się tak szybko jak wspomniane już maseczki w płachcie. Z braku stricte koreańskich produktów, ale także ze znajomości potrzeb własnej skóry, powstała moja interpretacja koreańskiego rytuału piękna. Oto moje utensylia:

Koreański rytuał pielęgnacji

fot. Zalotka.pl

Krok pierwszy. W moim oczyszczaniu fundamentem jest olejek do demakijażu. Przykładam nasączone olejkiem dłonie do twarzy i pozwalam mu chwilę pracować. Makijaż zaczyna się topić, trwałe pomadki luzują swoją formułę, wszystko spływa. Kolistymi ruchami masuję twarz i usuwam zanieczyszczenia z całego dnia. Lekko ciepły ręcznik przykładam do twarzy i delikatnie zdejmuję olejek.

Krok drugi: przemywam twarz żelem. Tu rotacja kosmetyków jest największa. Używałam L’Oreal i AA . Bardzo lubię żel Tołpa Simple Łagodny żel-piankę do mycia twarzy. Moim ulubieńcem pozostaje jednak pianka Clinique, które daje efekt jak po umyciu mydłem w kostce, ale bez uczucia ściągnięcia.

Krok trzeci i czwarty łączę stosując tonik Clinique. Ma właściwości złuszczające i tonizujące. Nie zawiera alkoholu i jest bardzo delikatny dla skóry.

Krok piąty, czyli kuracja na konkretne problemy to na razie faza przeze mnie niewykorzystywana. Być może dołożę do swojej pielęgnacji emulsję zwalczającą zaczerwienienie skóry.

Krok szósty, czyli serum lub olejek. Ostatnio naprzemiennie używam serum z witaminą C, serum na zaczerwienienia lub olejku z pestek malin Mokosh.

Krok siódmy pomijam rano, ale wieczorem korzystam z dobrodziejstwa maseczek i multimaskingu, czyli nakładam różne maski na różne partie twarzy.

Krok ósmy, a więc krem pod oczy to podstawa i obecnie jestem oddana w pełni All About Eyes Clinique.

Krok dziewiąty, czyli nawilżanie kremem. Mam ich kilka i stosuję je w zależności od mojej oceny stanu skóry.

Krok dziesiąty przenoszę do makijażu i podkładu z filtrem SPF. W tej chwili z powodu smogu ograniczam przebywanie na zewnątrz do minimum. Latem używałam emulsji Clarins UV Protection. Zaintersował mnie także podobny krem z Shiseido.

Jakie są rezultaty koreańskiej pielęgnacji

Przecież jak nałożę to wszystko na twarz, to rano będę miała pryszcze! Otóż nie. Nie pamiętam, jak wygląda pryszcz na twarzy. Od półtora roku rozbudowuję moją pielęgnację, przede wszystkim oczyszczanie wieczorne. Oczywiście kremy i olejki nie załatwią wszystkiego. Dbam o siebie, ale nie przesadnie. Po prostu nie jem niskiej jakości oraz przetworzonego jedzenia, nie piję gazowanych napojów, bo ich nie lubię. Lubię słodycze, wino oraz pizzę i tego sobie nie odmawiam. Nie wiem, który element ma większy wpływ na kondycję mojej skóry, ale w efekcie jest ona promienna i zbiera komplementy. Widać koreańska pielęgnacja działa.

Próbowałaś koreańskiej pielęgnacji? Masz pytania albo rady? Zostaw komentarz.