fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Seria Aqua Allegoria Guerlain to jedna z moich ulubionych. Chyba każda kompozycja, z którą się zetknęłam, przypadła mi do gustu. W te wakacje odkrywałam najnowszą – Teazzurra.

Co tak pachnie?

Kompozycję otwierają cytrusowe  akordy: grejpfrut, cytryna, bergamotka, yuzu. Potem te najmocniej wyczuwalne: rumianek, zielona herbata i jaśmin. W bazie piżmo, wanilia i colone (czyli syntetyczny składnik, który ma odwzorowywać zapach morskiego powietrza przesiąkniętego ozonem).

Zapach stworzył Thierry Wasser, w którego portfolio znajdują się takie kompozycje jak: Angel Schlesser Femme, Truth Calvin Klein oraz cała gama perfum Guerlain (pisałam np. o Le petit robe).

Jak pachnie Teazurra?

To spokojna kompozycja przywodząca na myśl letnie popołudnie spędzane leniwie w cieniu. Delikatna, słodka jak herbata z cukrem, ale orzeźwiająca. Nie rzuca na kolana jak jej siostry z serii Aqua Allegoria (np. Pampeluna czy Limon Verde), ale nie dlatego, że jest mniej urodziwa. To po prostu harmonijny zapach, który nie narzuca się otoczeniu. Są głosy, że Teazzurra to kompozycja słaba i mdła, ale ja się nie zgadzam. Po prostu jest zupełnie inna niż jej poprzedniczki, do których przyzwyczaił nas Guerlain.

Ciekawostką dla mnie jest informacja, że Teazzurra to zapach zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Uważam je za zbyt słodkie, ale chyba się nie znam. W końcu skoro kobiety mogą nosić męskie perfumy, zatem w drugą stronę też musi się udać. Choć ja nie jestem przekonana.

źrodło: hermes.com

źrodło: hermes.com

Powąchałam perfumy Hermes Un Jardin en Mediterranee i przeniosłam się hen daleko na południe Europy, gdzie powietrze drży w upale, a łąki pachną lawendą i ziołami. Dawno nie nosiłam tak sprecyzowanej kompozycji przywodzącej na myśl konkretne miejsce i jednoznacznie wybrzmiewającej przez cały dzień. Perfumy to niby jedynie doznanie olfaktoryczne, ale w tym wydaniu niezwykle sugestywne. Wystarczy zamknąć oczy, a wspomnienia z wakacji ożywają. A może ja po prostu tak tęsknię za Południem?

Bujny śródziemnomorski ogród Hermes jest przytłaczający i zarazem orzeźwiający dzięki gorzkim akordom ziół i drzew. Pierwsze nuty, czyli cytrusy i bergamotka, rozbudzają. Nuta serca otwiera się kwiatem pomarańczy i białym oleandrem. W bazie panują piżmo, cyprys, figowiec, jałowiec i pistacje, których zupełnie nie czuć. Całość tworzy drzewno-zieloną, lekko gorzkawą aurę. Balans między nieznośną lekkością słodkawych nut a przyjemnie chłodnymi akordami cytrusowymi jest tak wyważony, że nie można orzec jednoznacznie czy są to perfumy pełne energii czy może jednak bardziej osiadłe w gęstym powietrzu południa.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Un Jardin en Mediterranee to wspaniałe perfumy na dzień, zwłaszcza wiosną i latem. Powstały w 2003 roku (gdzie ja byłam przez ten czas?!). Inspiracją do stworzenia tej kompozycji był tunezyjski ogród należący do Leili Menchari, która projektuje słynne chusty Hermes oraz stoi za wieloma spektakularnymi aranżacjami okien wystawowych w paryskim butiku Hermes. Mimo tej egzotycznej proweniencji, perfumy kojarzą mi się z włoskim popołudniem na prowincji.

Wystawa Hermes projektu Leili Menchari, źródło: facebook.com

Wystawa Hermes projektu Leili Menchari, źródło: facebook.com

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Dziś pierwszy dzień wiosny, więc żegnam zimę recenzją perfum ciepłych, otulających, lekko orientalnych,głębokich i bardzo kobiecych.

Ambar Jesus del Pozo to nie nowość (2010 r.), ale tej zimy przekonałam się do tego zapachu na dobre. Orientalno-kwiatowo-drzewny, trwały, otulający, kobiecy. Jest blisko skóry przez cały dzień, delikatnie wyczuwalny przy każdym ruchu. Intensywny i głęboki, ale nie pudrowy. Otwarcie ma wręcz rześkie, lecz nie chłodne.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Pierwsze nuty głowy to kardamon, bergamotka i mandarynka. W nucie serca otwierają się irys, peonia i herbata, a w bazie mamy prosty jałowiec wirginijski, aromatyczną szałwię i balsamiczny bursztyn.

Uroku tym perfumom dodaje opakowanie – szklany flakon odlany na kształt nieregularnego kawałka bursztynu. W pięknym nasyconym kolorze.

Ambar to przyjemna, udana i nowoczesna kompozycja. Zapach mógłby być niemal męski, gdyby nie odrobina kwiatowej słodyczy, która kładzie się cieniem na całej kompozycji i stanowczo wyklucza mężczyzn z grona „nosicieli”. Zdecydowanie jest to zapach zimowo-jesienny. W letnie popołudnie mógłby się okazać niebezpiecznie duszący. To ostatni moment, aby go założyć: niby wiosna, słońce, ale wciąż tylko 6 stopni.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Czy to prawda, że tester w perfumerii jest trwalszy niż perfumy, które kupuję? To pytanie powstaje jak feniks z popiołów rodząc niepotrzebne mity, a odpowiedź jest prosta: nie, tester nie jest inny. Trzeba tylko wiedzieć, co się testuje.

Tester w perfumerii jest takim samym produktem, tyle że pozbawionym najczęściej korka oraz z grawerowanym w szkle lub wokół atomizera napisem „tester”. Czasem na flakonie znajduje się wydrukowana lista nut głowy, serca i bazy. Tester raczej nie ma oryginalnego opakowania, jedynie karton ochronny. Po co znaczyć tester i odróżniać jego butelkę od produktu? Żeby klient czy ekspedientka jej nie pomylili z produktem. Lista składników ma być pomocą podczas sprzedaży i wskazówką dla klienta.

Co jest w testerze? Ten sam produkt, który stoi na półce. Należy jednak zwrócić uwagę, czy na pewno kupujemy to, co testowaliśmy na skórze. Woda toaletowa pachnie nieco inaczej niż perfumowana (o różnicach między EDT, EDP a PDT przeczytasz w tym wpisie), a dezodorant w atomizerze, choć wygląda podobnie, jak tester, nigdy nie będzie tak trwały, jak EDT. Dodatkowo większość perfum ma serie limitowane, wersje letnie, podróżne, wkłady etc. Łatwo tu więc o pomyłkę. W męskich seriach zwykle myli się wodę toaletową z wodą po goleniu. Ta druga nie ma atomizera i jest mniej trwała niż perfumy.

Przez niewiedzę lub roztrzepanie można rzeczywiście kupić coś innego niż chcieliśmy, ale nie trzeba od razu budować spiskowych teorii o wlewaniu do testerów cenniejszych składników po to, by skusić klienta.

To jednak nie przekonuje wszystkich i w sieci kwitnie handel testerami perfum. Jest to ekonomicznie sensowne – przecież to ten sam produkt, w dodatku w największej pojemności – ale estetycznie wątpliwe (te grawerunki „TESTER” przywodzące na myśl talent „tatuażystki” Lizbeth Salander z „Millenium”).

Czasem jednak zdarza się, że po rozpakowaniu produkt jest znacząco inny niż flakon, który mieliśmy w rękach w sklepie. Taka sytuacja najczęściej dotyczy najmniejszych pojemności, tj. 30 ml. Z zasady istnieją po to, by nosić je w torebce, więc największe zmiany najczęściej dotyczą korka. Np. Prada Candy w butelkach po 50 i 100 ml nie ma korka, bo cała górna część jest zabudowanym atomizerem. Natomiast 30 ml tego samego zapachu ma zdejmowany korek, aby zabezpieczyć produkt przed przypadkowym rozpyleniem w torebce.

 

fot. Zalotka.pl

fot. Zalotka.pl

Nic mnie tak nie odświeża jak mgiełka Ardenowskiej zielonej herbatki. Nie oszczędzam. Spryskuję wszystko: siebie, wentylator, robię „perfumowaną chmurkę” i w nią wskakuję. Orzeźwiająca przyjemność. Zapach oczyszczający umysł. Energetyzujący. I krótkotrwały jak kometa.

Green Tea od Elizabeth Arden spowszedniała bardzo, spadła na najniższe półki w Rossmannach, pałęta się po paletach w Biedronkach i ogólnie nie otrzymuje należnego jej szacunku. A to zapach klasyczny, prosty, podstawowy i uniwersalny. I z historią.

Zapach powstał w 1999 roku i jest jednym z flagowych produktów marki. Uzupełniany limitowanymi edycjami do dziś święci triumfy sprzedażowe. Perfumy stworzył Francis Kurkdjian, znany z zapachów Jean Paul Gaultiera. Kompozycję otwiera rześkie uderzenie mięty i cytrusów,. które przytępiają nieco przebijające się w nucie serca kwiaty: goździk i jaśmin. W bazie znajdujemy zieloną herbatę, nasiona selera i podstawę piżmowo-ambrową. Dla mnie niemal nieobecną.

Green Tea to perfumy, które zdają się powoli „wsiąkać” w skórę. Po kilkudziesięciu minutach są niemal niewyczuwalne dla osoby, która je nosi. Nie zostawiają za sobą ogona świeżości, ale trwają przyczajone na skórze. Wyczuwalne z bardzo bliskiej odległości.

Jeśli sięgniemy po Green Tea w perfumerii, odkryjemy, że w serii znajduje się wspaniały balsam do ciała z kuleczkami miodu, które rozcierają się na skórze oraz orzeźwiający żel, który daje poczucie czystości absolutnej.

Mój czuły nos już dawno temu odkrył, że Green Tea upodobały sobie siostry zakonne oraz niektóre starsze panie. Ja uważam, że w upalne dni Green Tea nadaje się dla każdego stanu.

Cena: 19 zł za 50 ml perfumowany dezodorant