Co spakować do szpitalnej torby na poród

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Idziesz rodzić. Będzie bałagan. Nie jesteś księżną Walii, nie wyjdziesz ze szpitala z włosami ułożonymi w fale, w sukience i eleganckich butach – tak mniej więcej wyglądał mój wewnętrzny dialog, gdy szykowałam się do porodu. Moim priorytetem była więc użyteczność. I to była dobra decyzja.

Rzeczywistość jest taka, że kobiety w Polsce rodzą w szpitalach. Jak wiadomo, szpital – nie hotel, ale mimo to trwa rywalizacja na ładniejsze łazienki, bardziej przestronne sale porodowe i samodzielne pokoje. Ja wybierałam szpital pod kątem jego przygotowania na ewentualne komplikacje przy porodzie (chodzi o stopień referencyjności szpitala). Pokoje, łazienki mnie nie interesowały. Bardzo dobrze wspominam pobyt na oddziale poporodowym z trójką innych mam. Każda z nas była na innym etapie życia, mogłyśmy sobie pomóc (idź się kąpać, jak zacznie płakać, dam ci znać), doradzić, a przychodzący w odwiedziny nasi mężczyźni czuli się odpowiedzialni za całą salę przynosząc większe ilości wody do picia, wołając położną, podając poduszkę etc.

Ale do rzeczy, czyli do zawartości mojej szpitalnej walizki.

Dlaczego walizka? Bo rzeczy trzymane są na podłodze pod łóżkiem. Jeśli akurat nie rodzisz w Boże Narodzenie, to codziennie rano skoro świt wpada do pokoju dwoje ludzi z mopem i dalejże szorować wokół i pod Twoimi gratami. Ja wolę, aby moje rzeczy były bezpiecznie schowane w plastikowej walizce w rozmiarze do kabiny samolotu, niż w szmacianej torbie.

Co spakowałam?

Japonki. Gumowe obuwie w szpitalu jest podstawą. Nosi je personel, nosiłam i ja. Łatwo je wyczyścić, wejść w nich pod prysznic i ogólnie stanowią dobrą barierę – przynajmniej w mojej głowie – między moją skórą a powierzchniami, których dotykać nie chcę.

Zatyczki do uszu. Zatyczki bardzo przydały mi się podczas pierwszego porodu, który był – nazwijmy to oględnie – wielodniową interwencją medyczną. Wracając do pokoju po nieudanej indukcji porodu, musiałam się jeszcze zmierzyć z włączonym od 5 nad ranem do 2 w nocy telewizorem. Zatyczki okazały się zbawieniem. Przydały się także, gdy chciałam złapać pół godziny snu w czasie, gdy mój facet pilnował naszego śpiącego nowo narodzonego skarbu.

Czerń. Czarne legginsy, obszerna bluzka, piżamowe alladynki. Tak, komfort przede wszystkim. Także psychiczny, bo poród to także krew. Zdecydowanie gorzej bym się czuła w białej koszuli w drobne kwiatuszki.

Szminka do ust. Przyda ci się, bo usta przesuszają się w kilka godzin, a nic tak nie drażni, jak świeżo pęknięta rana na wardze. W szpitalu panuje zaduch. Jeśli rodzisz w sezonie grzewczym, to umarł w butach: przynajmniej 25 stopni temperatury wewnątrz masz murowane. No, a jak nie lubisz ukropu, to dostaniesz łóżko przy oknie, ale i przy kaloryferze. A okna nikt otworzyć się nie odważy. Na oddziałach noworodkowych podobno czasami są pielęgniarki, które wypraszają mamy z dziećmi na spacer po korytarzu, aby mogły przewietrzyć pokój. Prawdopodobnie Yeti istnieje.

Aparat fotograficzny. Dzięki niemu moje zdjęcia z noworodkiem są bardziej nastrojowe, delikatne, z rozmytym tłem, wykadrowane. Nie wkrada się w nie brutalność właściwa fotografiom wykonanym telefonem minutę po porodzie.

Komentarzy: 2

  1. Zalotka.pl
    20 października 2016 / 13:43

    @ELizae Noworodki były ubierane w szpitalne ciuszki. W dniu wypisu mąż przyjechał ze świeżo wypranymi i wyprasowanymi ubrankami. Laktator czekał w domu, ale przy drugim dziecku wiedziałam już niemal wszystko o karmieniu piersią, więc problemów udało się uniknąć. A nietknięty laktator został przekazany dalej.

  2. Elizae
    20 października 2016 / 13:23

    O zatyczkach do uszu bym nie pomyślała. Ja wzięłam krem do rąk i bardzo polecam. W szpitalnej łazience są detergenty wysuszające skórę. Nie spakowałaś nic dla dziecka poza ubrankami? A laktator?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.