fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Droga do gładkich pięt prowadzi przez regularny pedicure i codzienne kremowanie. Ja poszłam na skróty i nie wyszłam na tym dobrze.

Złuszczająca maska do stóp L’biotica trafiła do mojego koszyka w ostatniej chwili. Takie obietnice! Najwyższy standard pielęgnacji, złuszcza i pielęgnuje, skutecznie usuwa martwy, zrogowaciały naskórek…

Na maseczkę rzuciłam się tak szybko, że nie zdążyłam jej nawet zrobić zdjęcia. W opakowaniu znajdują się dwa plastikowe worki wycięte w kształt skarpety w rozmiarze 48. Należy rozciąć każdy worek u góry, włożyć stopy i zabezpieczyć zwykłymi skarpetkami. Maskę należy pozostawić na 60-90 minut. Ja wytrzymałam 25 minut, ponieważ moje palce zaczęły szczypać.

Nie sądzę, aby zastosowanie maski przez czas zgodny z instrukcją dało pożądane efekty. Raczej zintensyfikowałoby obecną katastrofę. Mam przesuszoną skórę, która łuszczy się w miejscach bardzo delikatnych: wierzch palców, opuszki, przestrzenie między palcami, podbicie. Zgrubiała skóra na pięcie jak była, tak jest. Jasne, po 60 minutach też pewnie zaczęłaby się łuszczyć, ale wtedy nie miałaby się chyba już czego trzymać.

Zdecydowanie nie polecam.

 

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Manicure hybrydowy to zobowiązanie – regularne wizyty u kosmetyczki dają najlepsze efekty, co potwierdzam jako naoczny świadek. Moja bratowa i moja przyjaciółka mają zawsze nieskazitelny manicure i ciekawe kolory. Ja z regularnością mijam się o lata świetlne, więc pozostaje mi zwykły lakier.

Na Miracle Gel od Sally Hansen polowałam mozolnie. Chodziłam od sklepu do sklepu, ale nigdzie nie było Top Coatu, bez którego nie ma efektu. Po tygodniu się poddałam i zamówiłam produkty na Allegro.

Kurier jeszcze nie wrócił nawet na parter, gdy ja już próbowałam lakierów. Niestety, efekty są mizerne.

Jak działa?

Lakiery bez warstwy wierzchniej Top Coat Miracle Gel są zwyczajne i nie odbiegają jakością od innych. Dopiero Top zmienia je w mocne i lśniące powłoki.

Top Coat zawiera fotoinicjator, który utwardza lakier kolorowy. Niepotrzebna jest tu lampa LED czy UV, a jedynie światło dzienne (a co jeśli maluję paznokcie na wieczór?). To właśnie światło dzienne ma być kluczem do sukcesu, bo z upływem czasu warstwa lakieru staje się coraz mocniejsza – tyle obietnice.

Jak używać?

Na przemyte zmywaczem paznokcie nakładam cienką warstwę lakieru. Lakiery mają średniej długości gruby, ale precyzyjny pędzelek. Są lejące, ale przylegają do paznokcia – nałożenie cienkiej warstwy nie jest problemem.

Staram się być dokładna, więc gdy skończę – pierwszy paznokieć jest już suchy, czyli przy dotknięciu opuszkami palców nie zostają ślady. Zabieram się wtedy od razu za drugą warstwę. Teraz należałoby odczekać 5 minut, które pewnie robią różnicę. Ja zwykle nie mam aż tyle czasu i od razu nakładam Top Coat.

Z nakładaniem Top Coatu trzeba być równie uważnym, co przy malowaniu kolorowym lakierem. Niedokładnie nałożony – np. zbyt oszczędnie przy skórkach, aby ich nie zalać – zemści się w postaci jakby „schodka”. Będzie dokładnie widać granicę między kolorowym lakierem a topem.

Czy taki manicure jest trwały?

Tuż po nałożeniu – nie. Lakier może się zmarszczyć. Dlatego ja maluję paznokcie na noc. No, ale wtedy światła dziennego to one nie uświadczą. Czy to ma jakiś wpływ na ich trwałość? Nie wiem, ale powątpiewam, aby miało to jakiekolwiek znaczenia.

Producent twierdzi, że manicure Sally Hansen może się utrzymać 14 dni i daje efekt hybrydy. Rzeczywiście, manicure jest trwały w porównaniu do zwykłych lakierów do paznokci, ale w zderzeniu z tzw. hybrydą wypada blado. U mnie 5 dni to był maksymalny czas, gdy manicure wyglądał dobrze, ale zdecydowanie częściej były to… 2 dni. Najczęściej lakier zaczyna się ścierać na końcówkach. Z trwałością hybrydy, którą w moim przypadku zdejmuję przed czasem, bo nie lubię długich paznokci, nie ma tu więc w ogóle porównania.

Dużo trwalszy – co nie dziwi – okazał się pedicure. Ale stopy nie są narażone na urazy związane z pracami domowymi czy ciągłą styczność z wodą, detergentami.

Dużym zaskoczeniem dla mnie był Top Coat i efekt lśniącej powłoki, którą daje. Może to jest ten efekt hybrydy? Jednak tej mizernej trwałości nijak wybronić się nie da. Dla mnie za droga i za długa zabawa, jak na manicure na dwa dni.

Cena: ok. 35 zł za jeden lakier lub ok. 50 zł za zestaw top + lakier

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Elektryczny czy może – jak chce producent – elektroniczny pilnik? Według mnie nazywanie tego pilnika na baterie urządzeniem elektronicznym jest nadużyciem. Nie mogę posiłkować się tu żadną definicją, a jedynie intuicją, które każe mi nazywać przedmioty typu radio, smartfon, telewizor elektronicznymi, a przedmioty takie jak odkurzacz czy rzeczony pilnik Scholla elektrycznymi, bo są na prąd (z gniazdka czy z baterii – mniejsza o to). Dobrze, przyczepiłam się, więc mogę przejść do meritum. Czy diamentowy obrotowy pilnik do stóp działa?

Nie ja pierwsza chciałam się o tym przekonać. Żarty na bok.

Pilnik działa. Dobrze ściera suchą skórę, ale jeżeli od dwóch miesięcy nie zajęłyście się swoimi stopami, to cudów nie ma. To nie frezarka, którą posługują się kosmetyczki, a zabawka na cztery „paluszki”. Pilnikiem można osiągnąć dokładnie taki sam efekt, jak pumeksem, ale nie trzeba się natrudzić trąc. Dodatkowo pilnik ma trzy głowice o różnym stopniu ziarnistości: od gruboziarnistej głowicy do twardej skóry, przez drobnoziarnistą do częstego stosowania oraz wygładzającą, aby skóra była miękka i bez zadziorów. To też można osiągnąć pumeksem różnicując siłę, z jaką przykładamy go do skóry. A propos siły nacisku – pilnik zatrzymuje się, gdy zbyt mocno dociskam go do skóry. Początkowo mnie to denerwowało, ale szybko odkryłam, że to nie siła a koliste drobne ruchy dają najlepszy efekt.

Wymiana głowic jest prosta – jedno kliknięcie i już. Po użyciu głowicę trzeba opłukać, a urządzenie przetrzeć z pyłu, który na nim osiadł. Baterie starczają na długo – ja wciąż używam tych samych, które włożyłam do urządzenia tuż po zakupie 2 miesiące temu.

Czy warto więc inwestować 100-170 zł (niezły rozstrzał cenowy) w pilnik plus dodatkowo 50 zł za głowice? Według mnie warto… poszukać promocji w internecie i kupić pilnik wraz z głowicami za niecałe 100 zł, jeżeli bardzo chcecie go mieć. Używanie pilnika nie wymaga wysiłku przez co może chętniej i częściej po niego sięgam. A systematyczność robi swoje – stopy są zadbane i gładkie.

Małego Marsylczyka pierwszy raz poznałam kilka lat temu, gdy koleżanka podarowała mi żel tej marki. Brak tych kosmetyków w Polsce jeszcze potęgował wrażenie francuskiego luksusu na co dzień. Było oczywiście także mydło marsylskie – jedyne i oryginalne tylko z Prowansji (jego historia sięga XVII wieku i czasów Ludwika XIV), zawierające zgodnie z prawem 72 proc. tłuszczu z oliwy z oliwek, ale to inna bajka. Dziś marka Le Petit Marseillais, która dumnie podkreśla swoje prowansalskie pochodzenie, przebojem wdarła się na sklepowe półki nad Wisłą i zapewne zagościła w niejednej łazience.

Le Petit Marseillais oferuje produkty codziennego użytku: żele pod prysznic, balsamy do ciała, kremy do rąk, twarzy, szampony etc. Na polskim rynku nie są dostępne wszystkie pozycje (np. olejki do włosów czy dezodoranty), ale to zapewne kwestia czasu i… zysków. Kolorowe opakowania częściowo z recyklingu, prowansalskie pochodzenie i lista kuszących zapachów zachęcają do skorzystania choć z okrojonej oferty. Ja się skusiłam na dwa produkty.

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Żele pod prysznic Le Petit Marseillais są dostępne w szerokiej gamie kolorystyczno-zapachowej: miód lawendowy, mandarynka i limonka, kwiat pomarańczy, morela i orzech laskowy, kwiat wiśni, oliwa z oliwek i kwiat lilii itp. Intensywna woń uprzyjemnia kąpiel, ale zupełnie nie utrzymuje się na skórze – nie tylko na mojej, traktowanej po każdym tuszu balsamem do ciała, także na mężowskiej. Smutna prawda jest taka, że pod wiele obiecującą powłoczką, żele Le Petit Marseillais kryją zupełnie zwyczajne wnętrze. Ale to w końcu tylko żel pod prysznic – ma się pienić i dobrze spłukiwać.

Pojemność: 250 ml, 400 ml, 650 ml (żele pod prysznic oraz żele pod prysznic i do kąpieli)
Cena: od 9 zł

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Wiele obiecywałam sobie także po innym kosmetyki marki – odżywczym kremie do rąk z masłem karite, olejem migdałowym i arganowym. I tu się nie zawiodłam. Lekka emulsja szybko przynosi ulgę skórze dłoni, wchłania się w ekspresowym tempie i pozwala ruszyć do obowiązków tuż po nakremowaniu rąk. Przez kilka godzin dłonie nie potrzebują dodatkowego nawilżenia.

Marka ma w ofercie także krem regenerujący z masłem shea, aloesem i woskiem pszczelim.

Cena: ok. 12 zł za 75 ml

fot. zalotka.pl

fot. zalotka.pl

Rozdwajające się paznokcie to mój przednówkowy rytuał. Towarzyszą mi nawet w ciąży, kiedy to skóra, włosy i paznokcie mają szansę być najzdrowsze. Szukam więc remedium na moją przypadłość. Dałam szansę odżywce Sally Hansen, bo zwykle mogłam liczyć na produkty tej marki. Okazuje się, że należało polować na sprawdzone odżywki, a nie inwestować w nową, która nie spełniła moich oczekiwań.

Odżywka Maximum Strength według obietnic z opakowania potrafi w ciągu tygodnia przywrócić połamanym i rozdwajającym się paznokciom siły witalne. Sprawdziłam. Rezultat: nie ma różnicy przed i po zastosowaniu odżywki.

Przed pierwszym użyciem wszystkie paznokcie prawej dłoni były połamane lub rozdwojone. W lewej było tylko nieco lepiej – z 3 na 5 pazurów mogłam zdzierać wierzchnie warstwy paznokcia płatami. Odżywka „skleiła” paznokcie, ale to akurat potrafi każdy lakier. Po trzech tygodniach stosowania (co 2 dni, bo dłużej odżywka się nie utrzymuje) paznokcie nadal się rozdwajają, choć muszę przyznać, że są nieco dłuższe. Jednak żadnych spektakularnych efektów nie odnotowałam.

Wielkim rozczarowaniem okazał się pędzelek – długi, nieporęczny, nabierający zbyt dużo lakieru – oraz konsystencja odżywki – wodnista, lejąca, trudna do równomiernego rozprowadzenia, łatwo zasychająca w formie zacieków.

Na paznokciu jedna warstwa odżywki daje matowy efekt. Za którymś razem w końcu nauczyłam się malować tym długim pędzelkiem i udało się nałożyć równomierną warstwę – w miarę dobrze to wygląda. Dwie warstwy natomiast dają efekt lukrowanego różu na paznokciach, ale konsystencja odżywki nie pozwala na równomierne zlanie się koloru nawet po wyschnięciu, przez co manicure wygląda niestarannie.

Lepiej zainwestować w sprawdzone hity Sally Hansen, np. Hard as Nails.